Od półtora roku nie odnaleziono ciała Beaty Klimek, a śledczy zakładają, że kobieta nie żyje. Nikt nie usłyszał zarzutów, a prokuratura milczy o prowadzonych czynnościach. Tymczasem kulisy badań wariograficznych – prywatnych i procesowych – rzucają nowe światło na to, dlaczego sprawa utknęła w martwym punkcie. Konflikt interesów biegłego, naciski medialne i błędy, które według ekspertów dyskwalifikują uzyskane wyniki, sprawiły, że kluczowe informacje mogły zostać bezpowrotnie utracone.
Zaginięcie Beaty Klimek. Biegły odsunięty od śledztwa
Od ponad półtora roku nie udało się odnaleźć ciała Beaty Klimek. Śledczy zakładają, że kobieta nie żyje. – To był dramat rodzinny, który wymknął się spod kontroli – mówią “Faktowi” osoby znające kulisy śledztwa. Zaginięcie miało miejsce 7 października 2024 r. Prokuratura Regionalna w Szczecinie prowadzi śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci kobiety. Pomimo użycia specjalistycznego sprzętu i licznych działań operacyjnych, ciało Beaty nie zostało odnalezione, a nikomu nie postawiono zarzutów. Śledztwo zostało przedłużone do 14 maja br., a prokuratura nie ujawnia szczegółów wykonywanych czynności.
Zdaniem naszych informatorów, kluczową rolę w zaginięciu Beaty Klimek odegrały relacje osobiste i rodzinne w domu jej męża, Jana K. Pod jednym dachem mieszkali jego rodzice, partnerka oraz żona z dziećmi. To był skomplikowany, obciążający psychikę układ rodzinny. Jan K. dowiedział się od swojego pełnomocnika, że prawdopodobnie nie wygra sprawy rozwodowej z Beatą. Orzeczenie najpewniej obciążałoby go winą. Musiałby podzielić wówczas majątek. Tymczasem jego rodzice mieli zagwarantowane dożywotnie mieszkanie w tym samym domu. Mężczyzna mógł czuć się osaczony z powodu sprzecznych oczekiwań żony, dzieci i nowej partnerki.
Szukają ciała zaginionej Beaty w jeziorach
7 października 2024 r. miało dojść do awantury, która – jak zakładają śledczy – mogła zakończyć się śmiercią Beaty Klimek. Śledczy uważają, że ciało jest gdzieś w trudno dostępnym miejscu. W okolicach Poradza znajduje się wiele jezior, mokradeł i bagien, co sprawia, że poszukiwania przypominają szukanie igły w stogu siana. Mimo to działania wciąż są podejmowane.
Kluczowym źródłem informacji o wydarzeniach z 7 października są domownicy. Z tego powodu zostali poddani badaniom wykrywaczem kłamstw. Wśród badanych byli rodzice Jana K., jego była już partnerka oraz rodzina zaginionej. Sam Jan K. zgodził się na udział w prywatnym badaniu na zlecenie youtuberów, które odbyło się w marcu ub. r.
Badanie wariografem Jana K. Fucha dla biegłego
Badanie wariograficzne Jana K. budziło duże zainteresowanie opinii publicznej. Wszyscy liczyli na poznanie prawdy. Jednak zrobiono z tego eksperymentu show, który zakończył się wielkim niesmakiem. Jan K. oznajmił, że nie zgadza się na publikację wyników, a wynajęty biegły, jak się teraz okazuje, nie przeprowadził badania w pełnym zakresie.
“Fakt” ustalił, że poligrafer został wynajęty przez youtuberów za pośrednictwem prywatnej firmy – Instytutu Badań Wariograficznych. Koszt takiego prywatnego badania wynosi 5-6 tys. zł.
Zanim doszło do tego medialnego show, badania poligraficzne w ramach śledztwa prowadzone były przez kilku innych biegłych na zlecenie organów procesowych. Policjant z KWP w Gorzowie Wielkopolskim odstąpił od przeprowadzenia części badań ze względu na stan psychofizyczny świadków. Następnie KWP w Szczecinie zleciła je innemu specjaliście, który przebadał m.in. rodziców Jana K., jego partnerkę oraz siostrę zaginionej. Czekano jednocześnie na zgodę Jana K. na badanie procesowe.
Instytut Badań Wariograficznych, do którego zwrócili się youtuberzy, wystawił biegłego już zaangażowanego w śledztwo w sprawie Beaty K. Specjalista współpracował na co dzień z prokuraturą oraz szczecińską firmą. Podczas prywatnego badania na potrzeby medialnego show padały pytania ze śledztwa: czy Jan K. wie, gdzie znajduje się ciało żony oraz czy Beata została zamordowana.
Głos zabierają specjaliści od wariografu. Wytykają błędy w badaniu Jana K.
Prywatne badanie Jana K. wariografem okazało się porażką i wywołało falę komentarzy. Zleceniodawcy informowali wówczas o “badaniu nieprzeprowadzonym w pełnym zakresie”. Nie ujawniono jednak, na czym dokładnie polegał problem. Następnie głos zabrało Polskie Towarzystwo Badań Poligraficznych – największe zrzeszenie biegłych tej specjalności w Polsce – które wskazało wiele błędów i podkreśliło, że uzyskane wyniki nie mogą być uznane za miarodajne.
Badanie z użyciem poligrafu komputerowego, któremu poddano pana Jana K., zostało poprzedzone zaleceniem badanemu, żeby wstrzymał przyjmowanie przepisanych przez lekarza farmaceutyków. Ze strony poligrafera było to – z punktu widzenia standardów i aktualnej wiedzy naukowej – błędem stricte kompetencyjnym. Nagłe odstawienie leków psychotropowych jest przede wszystkim niebezpieczne i może prowadzić do poważnych konsekwencji, zarówno psychicznych, jak i somatycznych. Jednym z najistotniejszych skutków odstawienia leków psychotropowych jest wzrost pobudzenia autonomicznego (ma to wpływ na wynik badania – przyp. red.)
– można było przeczytać w oświadczeniu PTBP.
Ostatecznie śledczy w atmosferze cichego skandalu rozstali się z tym biegłym, a czynności procesowe zlecono innym.
Utracone informacje procesowe. Były mąż Beaty Klimek odmawia badań
Dr Marcin Gołaszewski, prezes zarządu PTBP, przyznaje, że jest sporo problemów z Instytutem Badań Wariograficznych.
– Jest to zwykła platforma pośrednicząca w zleceniach dla osób nazywających się poligraferami. Zdarza się, że badania te przeprowadza osoba o wątpliwych kwalifikacjach, a niektórzy z nich mających formalne uprawnienia zwyczajnie nie wykazują się profesjonalizmem – tak jak w omawianym przypadku. Ten podmiot psuje nam renomę jako środowisku, w którym funkcjonują w większości rzetelni i kompetentni poligraferzy. Gdy zabraliśmy głos w sprawie badań pana Jana K., wiele osób odebrało wówczas, że coś zatajamy, utożsamiali nas z tym podmiotem. Niestety, pecha mieli youtuberzy. Liczyli, że uzyskają rzetelne badania, a tymczasem biegły przerwał je. Właściwie nie do końca wiadomo, dlaczego. Podobno z powodu zażywania leków psychotropowych przez Jana K. (choć te w istocie wcale nie są realnym przeciwwskazaniem), a które Jan K. miał przecież zalecone odstawić. Ktoś tu się zwyczajnie pogubił. Poza tym wszystkim najważniejsze, zaprzepaszczono jedyną dotychczas szansę, by zdobyć istotne informacje na podstawie kontroli mimowolnych reakcji osoby, która może mieć kluczową wiedzę o tym, co się wydarzyło – podsumowuje Marcin Gołaszewski.
– Możemy się tylko zastanawiać, dlaczego pan Jan nie chce poddać się profesjonalnym badaniom, których gospodarzem byłaby policja lub prokuratura. Mógłby oczyścić się z podejrzeń w oczach opinii publicznej, skoro cały czas twierdzi, że jego żona prawdopodobnie wyjechała z kraju. Z jakiegoś powodu nie chce przystąpić do badania, można się tylko zastanawiać dlaczego? – mówi “Faktowi” prezes PTBP.
Etyka biegłego. Jego opinie utraciły wartość dowodową
Pozostaje – jak podkreśla dr Gołaszewski – do oceny kwestia etyki biegłego, który najpierw pracował dla śledczych, a następnie dla youtuberów. Prokuratura Regionalna zareagowała prawidłowo i odsunęła go od dalszych czynności. – Nie może być w tej samej sprawie raz jako ekspert prywatny, a innym razem jako biegły powołany przez organ procesowy. To podważa jego obiektywizm – dodaje dr Gołaszewski. Zauważa również, że zleceniodawca mógłby wystąpić do biegłego o zwrot należności za wykonane badania, skoro zaistniała przesłanka wyłączenia biegłego z jego winy, a wydane opinie utraciły przez to wartość dowodową.
Śledczy nie ujawniają szczegółów kompromitacji po medialnym show
Prokurator Małgorzata Wojciechowicz, rzeczniczka Prokuratury Regionalnej w Szczecinie, pytana przez “Fakt” o sprawę biegłego poligrafera, zasłania się tajemnicą postępowania. – Prokurator nadzorujący śledztwo nie udziela informacji z uwagi na dobro śledztwa – poinformowała “Fakt” w przesłanej odpowiedzi.
W kwestii rozliczenia kosztów za ekspertyzy odwołanego biegłego rzeczniczka odsyła do KWP w Szczecinie, jednak biuro prasowe komendy potwierdziło, że nie jest “gospodarzem postępowania” i odesłało dziennikarzy z powrotem do prokuratury.
Jan K. w październiku ubiegłego roku w rozmowie z “Faktem” tłumaczył, że nie otrzymał wyników badań wykrywacza kłamstw. – Dlatego stwierdziłem, że prokuratorskiemu badaniu poddam się dopiero wtedy, gdy sam uznam, że jest to konieczne — zapowiedział.
Rok od zaginięcia Beaty Klimek. “Twoje dzieci pytają, kiedy mama wróci”
Wstrząsające wyznanie męża Beaty Klimek rok po jej zaginięciu. “Powiedzieli, że ona nie żyje”
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl







