— Były sygnały, były informacje ode mnie, od Justyny o tym, że ten człowiek jest niebezpieczny, że ma broń. Zbywano nas. Mówiono, że nie wnosimy istotnych informacji. Przesłuchania na policji trwały po kwadransie, byliśmy jak intruzi — stwierdza była żona Jacka Jaworka.
Prokuratura Okręgowa w Gliwicach od lipca 2024 r. prowadzi śledztwo w sprawie działań prokuratury oraz funkcjonariuszy z Koniecpola i Częstochowy w trakcie interwencji i zgłoszeń poprzedzających tragedię w Borowcach. Śledztwo obejmuje okres od lipca 2018 r. do 22 lipca 2024 r. Od prawie dwóch lat wciąż jest tylko w sprawie, nikomu nie przedstawiono zarzutów. Jak informuje “Fakt” Agnieszka Bukowska, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gliwicach trwają przesłuchania świadków, prowadzone są oględziny dokumentacji. Gdy pytamy, dlaczego od prawie dwóch lat postępowanie jest na tym samym etapie, rzeczniczka tłumaczy, że wykonywane są intensywne czynności, a śledztwo jest wielowątkowe.
Historia byłej żony Jacka Jaworka przeplata się z losem Justyny
— Nie zdziwię się wcale, gdy zostanie umorzone, ponieważ śledztwo prowadzi już trzeci prokurator — podsumowuje była żona Jacka Jaworka. Dla niej sprawa Jacka Jaworka się nie skończyła. Mówi, że jest ofiarą przemocy, a instytucje chroniły bardziej kata niż jego ofiary. Ma o to wielki żal. Przemocy od byłego męża doświadczała w trakcie małżeństwa i tuż po rozwodzie. Nie była to przemoc fizyczna, ale psychiczna.
Po zabójstwie w Borowcach sama musiała zadbać o bezpieczeństwo swoje i dzieci. Zmieniła nazwisko, miejsce zamieszkania, ale tego, co przeszła, tak szybko nie da się wymazać z pamięci. Gdy rozmawiamy o ofiarach z Borowców, była żona Jacka Jaworka płacze. Widzi odbicie swego losu. Trudno jej się z tym wszystkim pogodzić, choć sprawca już nie żyje i wydaje się z pozoru, że życie wraca na właściwe tory. Ona ciągle ma przed oczami zdarzenia poprzedzające tragedię. Podaje z pamięci kalendarium niemocy, chaosu służb i instytucji państwa. Historia byłej żony Jacka Jaworka przeplata się z historią Justyny Jaworek. Lubiły się jak siostry.
Była żona Jacka Jaworka pisze SMS do Justyny: czy u was wszystko ok?
Częstochowa. 10 lipca 2021 r. godz. 4.25. Mieszkanie byłej żony Jacka Jaworka. — Policja szukała go w naszym mieszkaniu. Świecili latarkami po pokojach. Synowie na szczęście spali. Szukano po nim śladów. Nic nie znaleźli. Policjant na odchodne ostrzegł nas, że Jacek może się u nas pojawić. Nie powiedział, co się stało. Nie wiedzieliśmy, o co tu chodzi — opowiada o zdarzeniach z nocy 9 na 10 lipca 2021 r. była żona Jacka Jaworka.
W Borowcach tej nocy z rąk Jacka zginęli Janusz (†44 l.), Justyna (†44 l.) i Jakub (†17 l.). Ona jeszcze o tym nie wiedziała. Po wyjściu policjantów z mieszkania postanawia wysłać do Justyny wiadomość telefoniczną i przekazać jej: “Justyna, była właśnie u mnie policja, szukają Jacka, nie powiedzieli dlaczego. Wpadli i przeszukali dom, było ich czterech. Uważajcie na siebie. Kazali mi zamykać drzwi i nie wpuszczać go, kazali dzwonić na 112. On coś musiał przeskrobać, bo pytali o broń i samochody. Nic nikomu nie mów, bo to grubsza sprawa…”. Justyna nie odpowiada. 20 minut później pisze ponownie do Justyny: “Czy u was wszystko ok?”.
Znowu nikt nie odpowiedział. — Za chwilę dostaję telefon z policji z zapytaniem, czy dzisiaj będę w domu. Moja odpowiedź: mamy zaplanowany wyjazd z synem, wyjeżdżamy do Energylandii — opowiada kolejne zdarzenia z tej tragicznej nocy. — Będziemy u pani za 15 minut — słyszy w słuchawce. Po przyjściu policji poinformowano ją, że w Borowcach stała się wielka tragedia. — Zapytałam tylko, ile osób nie żyje… — dodaje. — To jest wasza wina — powiedziała funkcjonariuszom na odchodne.
Zaczęły się przesłuchania. — Ja i dzieci mieliśmy zginąć. Byliśmy jego jedynym celem, on na nas szykował broń, a nie na Janusza i Justynę. Przyjechał do kraju pod koniec 2020 r. po to, żeby się zemścić na nas. Była sprawa o podział majątku po rozwodzie, nie dostał nic, wpadł w szał. Nie pandemia, a majątek i pieniądze sprowadziły go do Polski i zemsta na mnie — mówi była żona, podając powody powrotu jej męża do kraju i początków wojny w Borowcach.
Do grudnia 2020 r. Jacek Jaworek przebywał za granicą. W sierpniu 2018 r. w trakcie trwającego rozwodu opuścił mieszkanie i rodzinę. Wyjechał z kraju do pracy. Rozwód zapadł w styczniu 2019 r. Była żona, jak wspomina, miała dość upokarzania, przemocy słownej wobec niej i dzieci. — Wszyscy odetchnęliśmy, gdy zamknął drzwi i zniknął — zauważa. W kraju po rozwodzie toczyły się równolegle sprawy o podział majątku oraz niezapłacone alimenty. W grudniu 2020 r. sąd skierował małżonków na mediacje w sprawach majątkowych.
— Podczas mediacji mój były mąż zrobił cyrk. To był pokaz agresji i demonstracja siły. Nie chciał wyjść z budynku, gdzie trwały mediacje, nie chciał wpuścić mojej adwokatki, uciekałam przed nim pod eskortą mediatorów. Krzyczał, wyzywał, czekał pod naszym blokiem, osaczał nas — opowiada była żona. — Nie potrafił się pogodzić, że odeszłam. Mówił, że bez niego będziemy żyli w kanale. Śledził nas, obserwował i wystawał pod blokiem. Wspominał o przysiędze do grobowej deski — dodaje.
Jaworek miał tylko zatrzymać się u brata. Został dłużej i zaczęło się piekło
Jacek Jaworek po powrocie początkowo wynajmował mieszkanie w Częstochowie, ale zrezygnował z najmu i wprowadził się do rodzinnego domu w Browcach, który zajmował jego młodszy brat Janusz. Miał się zatrzymać u niego tylko na dwa, góra trzy tygodnie. Został na dłużej i zaczęło się piekło.
— Pił, zburzył uporządkowane życie Justyny i Janusza oraz ich dzieci. Nie potrafił znieść porażki, urażonej dumy, że żona go zostawiła. Nie lubił, gdy kobieta mu się postawi. Ja się postawiłam, córka się postawiła, byłyśmy najgorsze. Justyna także miała swoje zdanie, gdy trafił do więzienia za alimenty, wystąpiła o podział majątku, to jeszcze bardziej go rozjuszyło. Chciał przekazać swoją część domu w Borowcach starszej siostrze Annie — opowiada była żona Jacka Jaworka. Z Justyną kontaktowały się potajemnie, by Jacek o wszystkim nie dowiedział. — Mówiłam im (Justynie i Januszowi), jaki jest Jacek, ale oni początkowo mi nie wierzyli. Jacek zamieszkał najpierw w pokoju Jakuba, chłopak spał na materacu, by wujek miał komfort. W końcu Justyna poprosiła Jacka, by wyprowadził się, bo minęły trzy tygodnie. Jacek rozłożył łóżko w kuchni. Sytuacja robiła się napięta. W marcu 2021 r. Justyna wysłała mi zdjęcia bałaganu z kuchni. Odpisałam jej, że psychicznie ich wykończy. Justyna odpisała: “On już to robi”.
Groźby Jaworka. Brat i bratowa składają doniesienie
Jackiem Jaworkiem zaczęła się interesować policja, szukano go do odbycia kary za wyrok, który zapadł w 2020 r. Został wówczas skazany za niepłacenie alimentów na dzieci. Jaworek udowadniał przed sądem, że nie może łożyć na dzieci, bo żyje w skrajnym ubóstwie i mieszka w starym mercedesie. W tak trudnej sytuacji życiowej miała mu pomagać młodsza siostra. Zasądzono mu wtedy prace społeczne, których nie wykonał. Sąd zamienił prace na 150 dni więzienia. Po trzech miesiącach odsiadki wyszedł, bo sąd wysyłał do niego wezwania pod niewłaściwy adres.
Powrót do Borowców. — To była katastrofa. 13 maja schował wiatrówkę po ojcu do bagażnika samochodu. Robił na złość Justynie. Kontaktowałyśmy się z Justyną niemal każdego dnia. Ona powielała mój los, chciałam ją w jakiś sposób ocalić. Powiedziała mi, w czerwcu 2021 r., że widziała u niego ostrą broń. Powiedziałam jej, że ma to jak najszybciej zgłosić na policję, w przeciwnym razie zrobię to ja, ze względu na bezpieczeństwo moje i moich dzieci — opowiada.
Była żona Jacka Jaworka zamykała w tym czasie z byłym mężem sprawę o podział majątku. — Z piwnicy miał odebrać swoje rzeczy. Wystawał przed blokiem, śledził nas, oskarżał mnie o przywłaszczenie kluczy do motocykla. Dodam, że motocykl był naszym prezentem dla niego na 40. urodziny. 22 czerwca 2021 r. ostatecznie miał odebrać swoje rzeczy z piwnicy, a mnie przekazać dokumenty do starego mercedesa, którym już nie jeździł. Kolejny raz nie doszło do przekazania rzeczy, wtedy powiadomiłam policję, że mój były mąż czeka przed blokiem, że posiada wiatrówkę i boję się o swoje życie. Kazano mi przyjść i zgłosić sprawę na komisariat, a ja się bałam wyjść z domu, bo czekał na mnie. Nikt nie przyjechał na miejsce, bo nie widziano przyczyn interwencji — wspomina.
Jacek Jaworek całą noc spędził pod blokiem byłej żony, próbował się włamać do piwnicy. — Gdy zobaczyłam ślady po próbie włamania, zgłosiłam sprawę policji. Nadmieniłam wtedy funkcjonariuszom, że może być niebezpieczny i boję się go. Powiedziano mi, że to, co mówię, nie dotyczy włamania — relacjonuje swój pobyt na policji w 2021 r. Zawiadomienie o włamaniu zostało przyjęte. — Podczas przesłuchania w sprawie funduszu alimentacyjnego, na kilka dni przed tragedią, znowu ostrzegałam policję przed moim mężem. Pokazałam funkcjonariuszowi fotografię wiatrówki. Zbagatelizował to. Powiedział, że to tylko wiatrówka. Odpowiedziałam policjantowi: wiatrówką, gdy przystawi się do głowy, można zabić człowieka — zauważa.
7 lipca Justyna z Januszem pojawili się w komisariacie w Koniecpolu. Złożyli zawiadomienie o groźbach kierowanych przez Jacka. Justyna mówiła, że ma ostrą broń. Miała mówić o groźbach karalnych, które Jacek kierował pod ich adresem, mówiła, że jej dzieci boją się go. Jacek tego samego dnia, w tym samym czasie był przesłuchiwany w tym samym komisariacie! — Nie wiedziałyśmy w jakiej sprawie, czy mojej, odnośnie do funduszu alimentacyjnego czy też włamania do piwnicy. Zastanawiam się, że nikt z komisariatu nie skojarzył albo nie wiedział, że pojawił się człowiek, który był sprawcą całego tego zamieszania — dodaje. Dwa dni później Jacek Jaworek zabił trzy osoby i zniknął na trzy lata.
“Baliśmy się, że wróci i pozabija nas, jak w Borowcach”
— Strach towarzyszył nam przez trzy lata. Baliśmy się, że wróci i pozabija nas tak jak w Borowcach — opowiada była żona Jaworka. Przyznaje, że wtedy, 10 lipca 2021 r. dopiero dotarło do służb, że Jaworek jest niebezpieczny, ale było grubo po czasie. Życie musiały stracić trzy osoby. — Przez tydzień nie wychodziliśmy z domu. Od 11 lipca policja stała pod naszym blokiem przez dwa i pół miesiąca — opowiada. Dzieci zaczęły chodzić do szkoły, próbowałam pójść do pracy. Cały czas stał radiowóz pod moją pracą i pod domem. Nam się wydawało, że nas chronią, a oni po prostu czekali na Jacka Jaworka — dodaje. Z początkiem września wróciła do pracy w innej placówce. Znowu pojawił się radiowóz, o co nawet nie prosiła.
— Czułam się bezradna, poprosiłam policję, żeby stali, chociaż po cywilu, skoro muszą stać. Żyłam z piętnem Jaworka. Żyłam jak w matni, co dalej robić, jak chronić dzieci i siebie? Rozmawiałam z policją, z KWP w Katowicach. Mówiłam, że się boimy. Zaproponowali nam nowe życie pod ich opieką tak jak świadkom koronnym. Nie wyraziłam zgody na taką ochronę ze względu na dzieci. Nie wiedzieliśmy, dokąd mamy wyjechać, gdzie zaczniemy i na jak długo nowe życie. Policja mówiła, że dowiemy się po podpisaniu dokumentów. Córka studiowała, była wyróżniającą się studentką, synowie mieli treningi piłkarskie. Walczyłam tyle czasu, żeby mój mąż wyprowadził się z domu, a teraz miałam sama to wszystko rzucić i wyprowadzić się nie wiadomo dokąd? Moje życie było w rozsypce — wspomina.
Po roku życia w zawieszeniu i strachu zdecydowała się wziąć sprawy w swoje ręce. Udało się jej sprzedać mieszkanie w Częstochowie w 2023 r. Było z tym sporo kłopotów, bo Jacek Jaworek był zameldowany w mieszkaniu i był jednocześnie osobą poszukiwaną. Mieszkanie należało do niej, ale w świetle przepisów Jacek Jaworek musiał się sam wymeldować. Po dziewięciu miesiącach walki z absurdami urzędniczymi udało się sprawę doprowadzić do szczęśliwego finału i sprzedała mieszkanie. Wyjechała na Śląsk i wciąż się bała powrotu byłego męża.
Zwróciła się o ochronę policyjną w 2022 r. Zapadła cisza. Po raz kolejny w lipcu 2023 r. — Była odmowa, KWP w Katowicach uznała, że nie przysługuje mi ochrona, mimo że w sierpniu 2021 r. zapewniano mnie, że dopóki nie znajdą pana Jacka Jaworka, mogę w każdej chwili zgłosić się o ochronę dla siebie i dzieci. Szukałam pomocy w fundacjach. W 2024 r. jedna z nich poprosiła o zaświadczenie, że jestem pokrzywdzona. Zwróciłam się do osoby nadzorującej śledztwo o wydanie dokumentu i wtedy usłyszałam coś, co mnie zwaliło z nóg. Jestem tylko świadkiem w śledztwie dotyczącym zabójstwa w Borowcach i zniknięcia Jacka Jaworka, a nie ofiarą przemocy i pokrzywdzoną, o czym przez lata byłam przekonywana. Nikt nie poinformował mnie, że jest potrzebny mój wniosek o ściganie byłego męża za groźby karalne i przemoc — mówi zbulwersowana. W kwietniu 2024 r. złożyła wniosek i oficjalnie wszczęte zostało śledztwo w sprawie gróźb karalnych i nękania jej przez Jacka Jaworka. Podczas tego śledztwa cofnięto się do sprawy rozwodowej, zeznań świadków przesłuchanych do zabójstwa z 10 lipca 2021 r.
Szukali jakiegoś dziadka, a nie cwanego faceta, który zabił
19 lipca 2024 r. martwego Jacka Jaworka znaleziono na terenie kompleksu rekreacyjnego w Dąbrowie Zielonej. Oddał samobójczy strzał z tej samej broni, którą zabił Justynę, Janusza i Jakuba — A ja dostałam po śmierci byłego męża protokół, że śledztwo odnośnie do gróźb karalnych wobec mnie zostało umorzone. Jednocześnie prokuratura potwierdziła, że nasze obawy o życie były zasadne — dodaje. Jeszcze większym szokiem była informacja, że jej były mąż ukrywał się u swej chrzestnej w Dąbrowie Zielonej i to przez trzy lata.
— Zawsze mówiłam policji, że mój były mąż nie popełnił samobójstwa i wróci. Wiedziałam, że żyje — wspomina okres poszukiwań Jacka Jaworka. — Podawałam policji wykaz nazwisk jego rodziny, nawet nazwiska nieżyjących ciotek i dalekich krewnych. Na liście była też ciotka Teresa, nikt jej nie odwiedził przez trzy lata. Przekazałam policji korespondencję Justyny, w której Jacek zarzucał jej, że bierze pieniądze od ciotki Teresy. To dlaczego nikt nie skojarzył tych faktów, nikt nie zastanowił się, o kogo chodzi, kim była dla Jacka ciotka Teresa, skoro kłócił się o nią z bratową? — pyta była żona Jacka Jaworka. Dodaje, że po samobójstwie Jacka, znaleziono w domu ciotki wiele przedmiotów z czasów małżeństwa z Jackiem, a następnie używanych przez niego: meble, telewizor, kaloryfer przenośny. Na podwórku ciotki Teresy rzucone były w kąt lornetki. — Jestem przekonana, że obserwował teren i czekał na nas, gdy będziemy brali udział w uroczystościach rocznicowych po śmierci Justyny, Janusza i Jakuba. Wtedy chciał nas zabić. Pojechałam z córką tylko na pierwszą rocznicę, więcej razy nie jeździłyśmy. Powiedziałyśmy, że nie pojedziemy tam, dopóki nie odnajdzie się on żywy lub martwy — stwierdza, wciąż niedowierzając, jak policja nie mogła trafić do ciotki Teresy.
— Nie wierzyłam w to, co podawała prokuratura, że nie miał karty płatniczej czy konta, że był wykluczony cyfrowo. Nie miał karty płatniczej z innego powodu. Unikał płacenia alimentów. On wszystko, co kupował, przepisywał na krewnych, a ukrywał u kolegów — zauważa była żona Jaworka. — Po rozwodzie założył na mnie fikcyjne konto w mediach społecznościowych, zapraszał do niego wszystkich moich znajomych. Zgłosiłam to prokuraturze, śledztwo zostało umorzone ze względu na małą szkodliwość czynu. Wcześniej założył też inne konto pod nazwą “Jack Pol” i kontaktował się ze wszystkimi naszymi wspólnymi znajomymi. Nie wiem po co? Może chciał wiedzieć, co myślą o mnie nasi znajomi? — podaje przykłady, że Jacek Jaworek świetnie radził sobie w internecie.
— Przecież policja musiała wiedzieć o tym, o wszystkim, bo umorzono śledztwo w sprawie mojego fikcyjnego konta. To niepojęte — urywa głos. — Oni szukali kogoś całkiem innego: nieporadnego człowieka, żyjącego na marginesie społeczeństwa, jakiegoś dziadka, a nie cwanego faceta, który zabił trzy osoby — podsumowuje. I mówi, że nie wierzy w to, że nikt mu nie pomagał. — Wskazywałam policji pewne tropy — ujawnia tajemniczo. Jest pewna, że i w poszukiwaniach jej byłego męża zlekceważono informacje od rodziny skoro, przez trzy lata nikt nie pofatygował się i nie odwiedził ciotki Teresy. Przesłuchano sto osób, a nie została przesłuchana najbliższa rodzina Jacka Jaworka, w tym jego chrzestna.
Sprawa poszukiwań Jacka Jaworka. Prokuratura bada ich przebieg
Sabina Chyra-Giereś, rzeczniczka KWP w Katowicach dzisiaj nie chce się odnieść do sprawy poszukiwań, interwencji i zarzutów kierowanych przez byłą żonę Jacka Jaworka Powodem jest toczące się postępowanie prokuratury w Gliwicach. — Prowadzone przez zespół kontroli czynności w tym zakresie nie kwestionowały poprawności przyjętych przez policję czynności. Również prokuratura nie miała zastrzeżeń — rzeczniczka policji mówiła “Faktowi” dwa lata temu, gdy odnaleziono zwłoki Jacka Jaworka i pytaliśmy o błędy policji w zakresie poszukiwań. Jedyną oskarżoną w głośnej sprawie jest więc tylko 75-letnia Teresa D., chrzestna i ciotka Jacka Jaworka. Postawienie jej przed sądem rodzi pytania, czy schorowana staruszka rzeczywiście mogła samodzielnie przenieść meble Jacka Jaworka i organizować mu życie po zabójstwie. Rzeczy zgromadzone były w szopie przy rodzinnym domu Jaworków. Potem te same rzeczy znalazły się w pokoju w Dąbrowie Zielonej, który zajmował chrześniak Teresy D.
Proces Teresy D. toczy się przed sądem w Myszkowie. Jest ona oskarżona o utrudnianie śledztwa i ukrywanie potrójnego zabójcy. Kobieta twierdzi, że działała pod presją, bo bała się Jaworka. Prokuratura jest odmiennego zdania i mówi o szczególnej więzi, która łączyła chrzestną z chrześniakiem. — Wnosiłyśmy z córką do sądu, by nadano nam status osób pokrzywdzonych, a nie świadków w sprawie Teresy D. Ciotka narażała nas na niebezpieczeństwo swoim zachowaniem. Sąd odrzucił wniosek — zauważa była żona Jacka Jaworka.
Podczas ostatniej rozprawy Teresy D., która odbyła się na początku stycznia br., najstarsza córka Jacka Jaworka wspominała w sądzie o traumatycznym dzieciństwie ze swym ojcem. Wspominała o tym, czego doświadczyła ona, jej mama i młodsi bracia. Wskazywała też na dowody świadczące o tym, że ktoś musiał pomagać jej ojcu w ukrywaniu się. Sąd nie wnikał aż tak bardzo w przekazywane informacje przez córkę Jaworka. Skupiał się wyłącznie na roli, jaką odgrywała Teresa D.
— Pytania można mnożyć. Moim zdaniem zlekceważono wszystko, od początku, gdy zło rodziło się w zalążku, po tragiczny finał i poszukiwania zabójcy — podsumowuje była żona Jaworka. W czerwcu 2025 r. jakby na nowo odkryła dramat z Borowców. Cała Polska mówiła wówczas o drugim Jaworku. 57-letni Tadeusz Duda, podejrzany o zabójstwo córki i zięcia oraz próbę zabójstwa teściowej w Starej Wsi pod Limanową został znaleziony martwy po pięciu dniach obławy. Sprawca był znany policji z wcześniejszego znęcania się nad rodziną. Miał zakaz zbliżania się do córki. Historia znowu zatoczyła koło. Wtedy była żona Jacka Jaworka postanowiła wyjść z ukrycia i mówić głośno o tym, jak system “chroni ofiary przemocy”. Mówi, że chciałaby, by rodzinne dramaty, którymi żyła cała Polska, przyniosły zmiany w nastawieniu służb do ofiar przemocy. — Nie trzeba wiele, wystarczy tylko posłuchać, o czym one mówią, tak jak mówiłam ja i Justyna — ujawnia “Faktowi”.
Pogrzeb Jacka Jaworka odbył się w tajemnicy. Rodzina zabójcy wypuszcza plotki
Zmowa milczenia w Dąbrowie Zielonej. Śledczy ujawniają nieznane fakty
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl









