Anastazja, wyjeżdżając do Polski, wierzyła w to, że znajdzie tu swoje miejsce i rozwinie skrzydła. Tymczasem sytuacja, w jakiej się znalazła, sprawiła, że nabawiła się traumy, której nie zapomni do końca życia.
Wszystko zaczęło się w listopadzie 2025 r. Dziewczyna przyjechała do Polski. 18-latce spodobało się w naszym kraju i postanowiła zostać dłużej. Pod koniec 2025 r. przeprowadziła się z Katowic do Warszawy i zaczęła szukać pracy. Na Telegramie trafiła na ogłoszenie. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że zamieścili je przestępcy. Osoby zajmujące się rekrutacją zapewniały, że to lekka i legalna praca. Anastazja pojechała na miejsce, aby dowiedzieć się więcej o warunkach i wynagrodzeniu. Kiedy przekroczyła drzwi domu, jej dotychczasowe życie zmieniło się o 180 stopni. Dziś postanowiła ze szczegółami opowiedzieć reporterowi “Faktu”, co ją spotkało.
Rozstała się z chłopakiem i wyjechała do stolicy
Anastazja po przyjeździe do Polski zatrzymała się na Śląsku. Tam pracowała w lokalnej firmie. Miała też ukochanego, z którym się spotykała.
— Pracowałam w Katowicach w fabryce, gdzie zajmowałam się skanowaniem i rozkładaniem towarów (części do samochodów). Marzyłam jednak, aby zamieszkać w Warszawy, bo tam były lepsze perspektywy. I udało mi się przeprowadzić. Przed wyjazdem do stolicy rozstałam się z chłopakiem, a chwilę przed Sylwestrem pojawiłam się w Warszawie — mówi Anastazja.
Na Telegramie znalazła ogłoszenie o pracę i postanowiła na nie odpowiedzieć. Wtedy nie wiedziała jeszcze, że zamieścili je ludzie zajmujący się narkobiznesem. Po przyjeździe pod wskazany adres i wejściu do środka została poinformowana o tym, co będzie robić. Potem drzwi się zamknęły i nie mogła już wyjść.
— Kiedy pojawiłam się w tym domu powiedzieli mi, że praca polega na wysyłaniu gotowych wiadomości w Internecie (na grupach i komunikatorach) w celu rekrutowania osób do dystrybucji narkotyków za granicą (m.in. Rosji i Kazachstanu). Wcześniej zapewniano mnie, że praca jest legalna — tłumaczy reporterowi “Faktu” dziewczyna.
Musiała szukać dilerów narkotykowych
Każdego dnia wszyscy zbierali się w jednym z pomieszczeń i od rana do wieczora pracowali przed komputerem.
— Praca trwała praktycznie cały dzień, od 8 do 20, a czasem nawet dłużej. W tym czasie osoby przebywające w domu nie mogły swobodnie go opuszczać. Wyjścia były możliwe wyłącznie pod nadzorem. Musieliśmy kontaktować się z osobami, które chciałyby zostać dilerami i rozprowadzać narkotyki. Jeśli ktoś się zgodził i zaakceptował ofertę przez ta osoba musiała przesłać zdjęcie swojego paszportu przełożonemu. Dalszy kontakt przejmowała inna osoba z organizacji — opowiada.
W końcu jedna z osób nie wytrzymała tej presji, uciekła i powiadomiła policję. Podczas interwencji funkcjonariusze weszli do budynku. Jeden z członków grupy przestępczej, gdy usłyszał, że policjanci siłowo wchodzą do budynku, zaczął krzyczeć, by wszyscy uciekali na górę i sam położył się na podłodze.
— Słychać było huk i strzały. Policjanci weszli do środka, kazali wszystkim położyć się na podłodze i zachować ciszę. Potem sprawdzano paszporty, zakuto wszystkich w kajdanki i wyprowadzono z budynku — relacjonuje 18-latka.
Zatrzymana przez policję i poważny wypadek
Jak twierdzi Anastazja na komendzie każda osoba była przesłuchiwana osobno. Jej przesłuchanie trwało około 1,5 godziny. Protokół został jej odczytany przez tłumacza bardzo szybko, przez co zapamiętała jedynie pierwszą stronę. Po przesłuchaniu została przewieziona do policyjnej izby zatrzymań, gdzie spędziła noc, a następnego dnia trzech policjantów zabrało ją wraz z inną dziewczyną do samochodu i jak twierdzi 18-latka, mieli ruszyć w stronę komendy. Dziewczyna potwierdza, że w czasie podróży miała na rękach kajdanki i nie była zapięta pasami.
Byłam ubrana w puchową kurtkę i miałam założone kajdanki. Siedziałam z tyłu na środkowym siedzeniu i nie miałam zapiętego pasa bezpieczeństwa. I tak jechaliśmy. W samochodzie było trzech policjantów oraz druga zatrzymana kobieta. Policjanci rozmawiali między sobą po polsku i powiedzieli nam, że mamy zachować ciszę i ze sobą nie rozmawiać — opowiada poszkodowana Anastazja. Według niej samochód poruszał się szybko, momentami jechał zygzakiem. Pamięta silne uderzenie, a potem obudziła się w szpitalu. Dziewczyna jest cała poturbowana. Ma złamane 16 żeber, uszkodzoną miednicę. Kilka dni temu przeszła kolejny zabieg. Bardzo powoli wraca do siebie. Zaczyna delikatnie poruszać nogami, ale w okolicach miednicy czucie wciąż jest ograniczone. Jest nadzieja, że przy dalszym leczeniu i rehabilitacji stanie na nogi.
Dramat 18-latki po akcji policji. Adwokat mówi o bulwersujących zaniedbaniach
Narkotykowe “call center” działało na Ursynowie. Sąsiedzi niczego nie zauważyli
/5
Materiały redakcyjne
Anastazja opowiedziała reporterowi “Faktu” o tym, co się działo.
/5
Damian Ryndak / Fakt.pl_omp_temp
Mama dziewczyny walczy o jej powrót do zdrowia.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl







