Wzruszającą historię Maksyma ze wschodniej Ukrainy poznała cała Polska. Wiadomość o tym, co się wydarzyło, dotarła też do burmistrza miasta Wozneseńsk, z którego pochodzi chłopak.
Maksym przyjechał do Polski w 2025 r. Chciał się usamodzielnić i spokojnie żyć. Pracę rozpoczął w magazynach pod Warszawą, a dokładnie w firmie pani Aleksandry. Chłopak pracował ponad siły, po 12 godzin, na zmiany dzienne i nocne. Chwilami był zmęczony, ale nikomu o tym nie mówił, bo wiedział, że musi się starać, by zarobić na życie i opłaty. Nikt też nie wiedział o tym, że przez kilka dni miał silny ból głowy. 17 października 2025 r., o 5 rano, 18-latek stracił przytomność. Do hostelu, w którym mieszkał, została wezwana karetka. Lekarze szybko zauważyli, że jego głowa była wcześniej operowana. Maksym przeszedł kolejną operację. Przez dwa miesiące leżał nieprzytomny na intensywnej terapii. Rokowania były bardzo złe. Ma sparaliżowaną prawą część ciała i na razie nie mówi. Codziennie jest pod opieką lekarzy, psychologa i logopedy. Walczy każdego dnia o powrót do zdrowia. Pomaga mu w tym pani Aleksandra, szefowa, u której dotychczas pracował. Dlaczego kobieta tak bardzo się zaangażowała?
Była w podobnej sytuacji. Pomogli jej ludzie z Polski
Pani Aleksandra opowiedziała reporterowi “Faktu”, o swojej sytuacji życiowej i o tym, dlaczego zaangażowała się w pomoc Maksymowi. Okazuje się, że 26 lat temu, sama przyjechała do Polski z białoruskiego Bobrujska, z walizką i nadzieją na lepsze życie. Początki były trudne, a praca ciężka. Pracowała fizycznie, zakładała ogrody, układała trawniki i sadziła rośliny.
— Pamiętam to, jak dziś, dostawałam trzy złote za godzinę. Takie były realia tamtych czasów. Mimo że było ciężko, nie poddawałam się, tylko każdego dnia rano wstawałam i pracowałam. Każda złotówka miała dla mnie ogromne znaczenie — opowiada. Na duchu podtrzymywali ją wspaniali ludzie z Polski, których spotkała na swojej drodze. Przyjęli ją do swojego domu. Dali jej pokój i miejsce przy stole.
— Traktowali mnie jak trzecią córkę. Dostałam coś więcej niż tylko dach nad głową — poczucie, że nie jestem tu sama jak palec. Pomogli mi stanąć na nogi psychicznie i uwierzyć w siebie. Nie pozwolili mi się załamać, mimo różnych sytuacji. Za to jestem im dziś bardzo wdzięczna — mówi ze łzami w oczach. To wsparcie stało się fundamentem wszystkiego.
Własna firma oparta na relacjach i szacunek
Minęło wiele lat, a pani Aleksandra nawet na chwilę nie zapomniała o wielkim sercu ludzi, którzy jej pomogli. Dzięki nim zdobyła doświadczenie i pozycję. W dowód wdzięczności pomaga im teraz, jak tylko może. Niedawno kupiła im samochód.
— Marzyli o samochodzie, więc sprawiłam im prezent. Nie z obowiązku, tylko z wdzięczności. Byli wzruszeni, ja zresztą też. To był mój sposób, by powiedzieć: dziękuję za życie, które mogłam tutaj zbudować od zera — tłumaczy wzruszona.
Dziś jest koordynatorem, menedżerem i wspólnikiem w firmie zatrudniającej pracowników. Ma ponad 15 lat doświadczenia w branży, własne mieszkanie i adoptowane zwierzęta. Zatrudnia Polaków, jak i cudzoziemców. Uważa, że każdy pracodawca powinien wspierać swoich ludzi, pomagać im, gdy tej pomocy potrzebują, i robić wszystko, by czuli się potrzebni.
— Jeśli nie pomaga się ludziom i nie uczestniczy w ich problemach, nie da się prowadzić rzetelnej firmy — twierdzi pani Aleksandra. W jej świecie biznes nie jest tylko liczbą godzin i wynagrodzeniem. To relacja i odpowiedzialność za drugą osobę. Muszą być jasne zasady. Praca z ludźmi nie jest łatwa. Często wymaga więcej serca niż siły. Tak też było w przypadku Maksyma.
Został sam w obcym kraju. Nie mogła na to patrzeć
Pani Aleksandra przyznaje, że nie mogła pozwolić na to, by zaledwie 18-letni chłopak w tak złym stanie został sam, jak palec w obcym kraju.
— Każdy normalnie myślący człowiek, który ma serce, nie zostawi drugiej osoby w takiej sytuacji. Pracował u mnie, więc poczuwam się do odpowiedzialności za niego. Tak powinien zachować się normalny człowiek i pracodawca. Kiedy Maksym trafił do szpitala, jego rodzina nie przyjechała. Zaproponowałam im pomoc. Nawet darmowe mieszkanie, żeby się nim zajęli do czasu, kiedy stanie na nogi. Mieli to w nosie. To był dla mnie naprawdę szok — opowiada “Faktowi” kobieta.
Pani Aleksandra do dziś jest przy Maksymie i stara się go wspierać, jak tylko może. Zamierza zostać nawet jego ciocią i dać mu dach nad głową.
— Pomoc to nie tylko przynoszenie jedzenia. To obecność drugiej osoby. Pokazanie temu człowiekowi, że nie jest sam. Podjęłam decyzję, że zostanę dla niego ciocią i dam mu dach nad głową. Mnie też kiedyś pomogli ludzie. I będę to pamiętać do śmierci. Poza tym wierzę w jedną zasadę, że dobro wraca — dodaje.
Narkotykowe “call center” działało na Ursynowie. Sąsiedzi niczego nie zauważyli
/5
Krzysztof Burski / newspix.pl
Pani Aleksandra opowiedziała reporterowi “Faktu”, dlaczego pomaga chłopakowi.
/5
Materiały redakcyjne
Pani Aleksandra cały czas opiekuje się Maksymem.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl







