Choć upłynęło już 17 lat, sprawa ta wciąż budzi emocje. — To była najtrudniejsza sprawa, jaką prowadziłam. Nie ze względu na stopień skomplikowania, ale na rozmiar okrucieństwa… — wspominała 20 lat temu emerytowana policjantka Grażyna Biskupska, wówczas komisarz w wydziale dochodzeniowym komendy rejonowej na warszawskim Żoliborzu.
19-letni Tomek Jaworski został zakatowany na pożegnalnym ognisku maturzystów w warszawskim Lasku Młocińskim. Zbrodnia wstrząsnęła Polską. Mimo że minęły już prawie trzy dekady od tego zabójstwa, wciąż na jego wspomnienie emocje odżywają. Sama byłam wtedy przed maturą, więc zbrodnia ta była dla mnie wręcz porażająca. Jednak młodsi czytelnicy mogą jej w ogóle nie znać. O tym, jak wielkie wzbudzała emocje, świadczy fakt, że policjantka Grażyna Biskupska, która prowadziła śledztwo, nie chce już do niej wracać. Zrobiła to jednak kilkanaście lat po zabójstwie Tomka, dzieląc się swoimi wspomnieniami w “Gazecie Policyjnej”.
Zabójstwo maturzysty Tomka Jaworskiego w Warszawie
Tomek Jaworski świętował zdaną maturę z ok. 30 innymi młodymi ludźmi z liceum bielańskiego. Egzaminy poszły mu świetnie. Chciał zostać architektem. W Lasku Młocińskim w piątkowy wieczór z 13 na 14 czerwca 1997 r. on i jego koledzy i koleżanki urządzili sobie ognisko. To, co miało być czasem wielkiej radości, stało się jednak ogromną tragedią. Przed północą na polanie pojawiła się grupa pijanych osób z kijami bejsbolowymi. Rozpoczęła się jatka. Bandyci okładali kijami również zaparkowany w pobliżu samochód, w którym był chłopak z dziewczyną. Uciekając, uszkodził ich pojazd. Wrócili więc na polanę i żądali, by młodzi ludzie ujawnili im adres kierowcy. Tyle że ci nie wiedzieli w ogóle, o co chodzi. Gdy zaczęła się regularna bijatyka, maturzyści uciekli w las i ukryli się w ciemnościach. To nie był jednak koniec.
Tomek Jaworski był katowany przez 20 godzin. Potem go zabito
Kiedy kierowca, który uciekł z polany, zgłosił policji napaść, funkcjonariusze pojechali na miejsce. Był jednak środek nocy i nikogo już tam nie zastali. Gdy ruszyli na patrol, natrafili na dwóch mężczyzn, których koszule miały wyraźne plamy z krwi. Potem zeznali, że zostali napadnięci w Lasku Młocińskim.
W sobotę rano miałam dyżur. Kiedy zapoznałam się ze sprawą nocnego napadu na kierowcę forda, wszystko wskazywało, że sprawa nie rokuje wykrycia. W chwili zdarzenia było ciemno, pokrzywdzony nie był w stanie opisać napastników
— mówiła Grażyna Bukowska w “Gazecie Policyjnej”.
Dość szybko jednak zdarzenie to powiązano z dwójką zatrzymanych mężczyzn w zakrwawionych ubraniach, którzy mieli brać udział w bójce w Lasku Młocińskim. Grażyna Bukowska od razu zauważyła związek. Wtedy okazało się, że jest trzeci wątek tej sprawy. — Weszłam do dyżurnego i usłyszałam, jak jakaś zapłakana kobieta opowiada, że jej syn Tomek nie wrócił na noc do domu, że sprawdzili już szpitale i teraz przyszli z mężem zgłosić zaginięcie. Kiedy powiedziała, że jej syn miał się bawić przy ognisku w parku Młocińskim, zapaliło mi się światełko… — wspominała Bukowska w policyjnym periodyku. Policjantka natychmiast rozpoczęła rozmowę z rodzicami maturzysty. Bardzo niepokojące było to, że w środku nocy jakaś kobieta dzwoniła do mamy Tomka i pytała, czy jest jej synem, a potem się rozłączyła.
Policjantka wspomina śledztwo w sprawie Tomka Jaworskiego
W tym momencie poczułam, że mam do czynienia ze sprawą o wiele poważniejszą niż tylko napaść na kierowcę Forda. Było południe, zadzwoniłam do syna, żeby dzisiaj zjadł obiad sam, bo ja nie wiem, kiedy wrócę, a potem do kolegi z wydziału kryminalnego. Nie miał tego dnia dyżuru, szykował się właśnie na wesele przyjaciela. Odpowiedział krótko: “Zaraz będę!”. Powiadomił jeszcze dwóch kolegów i wkrótce wszyscy trzej zjawili się w komendzie. W garniturach i pod krawatami, bo przyjechali prosto ze ślubu. Całą noc mieli bawić się na weselu…
— wspomina Grażyna Bukowska.
Wszystkim doświadczenie podpowiadało, że sprawa jest bardzo poważna. I niestety, nie mylili się. W tym czasie mijały kolejne z 20 godzin kaźni Tomka Jaworskiego.
Jeden z zatrzymanych mężczyzn zeznał, że widział zakrwawionego chłopaka w Fiacie, którym z polany wyjeżdżali sprawcy napaści. Miała wśród nich być też kobieta, blondynka.
CAF/PAP
W poniedziałek w mediach pojawiły się komunikaty z wizerunkiem zaginionego Tomka. Ze zdjęć uśmiechała się sympatyczna twarz młodego chłopaka. Śledczy ustalili, że jedną z osób, z którą w samochodzie był porwany 19-latek, był Robert W. Podczas przesłuchania kłamał, ale policjanci doszli do tego, że ostatnie dni spędził w mieszkaniu Moniki Sz., blondynki, o której była mowa wcześniej. Zatrzymano ją i dwóch mężczyzn. W mieszkaniu nie natrafiono jednak na żadne ślady Tomka Jaworskiego.
Katowali Tomka Jaworskiego w mieszkaniu Moniki Sz.
Policyjny nos kolejny raz jednak pomógł policjantom. Zauważyli, że podłoga była niedawno myta. Był też na niej ślad wskazujący na to, że jeszcze niedawno leżał tam dywan. Odnaleźli go w piwnicy. A na nim plamy po krwi i włosy w kolorze rudym. Takie miał Tomek… Eksperci z laboratorium potwierdzili, że to faktycznie włosy zaginionego maturzysty.
“Rozpoczęły się długie godziny przesłuchań, działań operacyjnych i narad, podczas których grupa kierowana przez Biskupską wiązała ze sobą uzyskane informacje w logiczną całość. Zatrzymani kłamali i wielokrotnie zmieniali zeznania. Monika przyciśnięta do muru informacją, że są ślady świadczące, iż Tomek był w jej mieszkaniu, odpowiedziała, że owszem, był, bo przywiozła go, żeby mu opatrzyć rany, ale potem chłopak wyszedł” — czytamy w “Gazecie Policyjnej”. Ostatecznie jeden z zatrzymanych pękł. — Przyznał, że Tomek nie żyje, a jego zwłoki są zakopane w pobliżu Kanału Żerańskiego — wspominała Biskupska.
Zboczeniec wykorzystał dwie dziewczynki. Ojciec: nie ręczę za siebie
Jej dalsza opowieść przedstawiona w “Gazecie Policyjnej” jest wstrząsająca, nawet gdy czyta się to blisko 30 lat po śmierci 19-latka z Warszawy.
Zabójstwo Tomka Jaworskiego. Padł ofiarą tortur
— Miejsce rozpoznaliśmy łatwo po świeżo ruszanej ziemi. Kryminalni kopali przez pół godziny. Im głębiej, tym silniejsza była woń benzyny. W pewnej chwili zobaczyliśmy kawałek dżinsów. Chłopaki odłożyli łopaty i żeby nie uszkodzić ciała, dalej odgrzebywali gołymi rękami… Kiedy ukazały się zwłoki chłopca, z przerażenia znieruchomieliśmy… — opowiadała Grażyna Biskupska. To, jak wyglądał Tomek, wskazywało na to, że przed śmiercią był katowany. Miał całkowicie zniekształconą twarz, ogoloną głowę, rany kłute klatki piersiowej i częściowo spalone spodnie. Później ustalono, że chłopak był m.in. przypalany lokówką i papierosem, oblewany wrzątkiem i bity pałką teleskopową.
Bukowska wspominała w rozmowie z “Gazetą Policyjną”, że obiecała mamie Tomka, że powiadomi ją od razu, gdy znajdą jej syna. Tymczasem w miejscu zakopania zwłok, pojawiły się media.
Byłoby straszne, gdyby rodzice chłopca dowiedzieli się o wszystkim z telewizji. Pojechaliśmy do nich (…). Całą drogę zastanawiałam się, jak im o tym powiedzieć… O reakcji rodziców nawet nie chcę mówić… Musieliśmy wzywać pogotowie… Jarek (policjant — przyp. red.) pomógł znieść ojca Tomka do karetki…
— wspominała wyraźnie poruszona.
Gehenna Tomka Jaworskiego zakończona zabójstwem
“Po przywiezieniu go do mieszkania Moniki bandyci urządzili sobie libację: jedli, pili, oglądali telewizję, uprawiali seks i w tzw. międzyczasie torturowali Tomka. Bili go kijem bejsbolowym, obcinali włosy, grozili tasakiem, przywiązywali do kaloryfera. Po kilku godzinach Monika zdecydowała: trzeba z nim skończyć, bo w tej sprawie może być dużo szumu!” — czytamy w policyjnym artykule.
Tomasz Gzell / PAP
Tomek przeżył tę kaźń. Zmarł w grobie, który wykopali dla niego jego oprawcy. Jeden z nich na polecenie Moniki Sz. zadźgał go nożem. Ciało oblali benzyną i podpalili, a potem zasypali ziemią.
Policyjni nurkowie na dnie Kanału Żerańskiego odnaleźli nóż, który był narzędziem zbrodni. Był w skórzanej pochwie, dzięki czemu zachowały się na nim ślady krwi.
Proces w sprawie zabójstwa Tomka Jaworskiego
Proces oskarżonych rozpoczął się w 1998 r. Sądzonych było aż dziewięć osób, w tym trzy za zabójstwo. Monika Sz. próbowała przekonywać, że sama była ofiarą i bała się kolegów, więc nie przerwała ich tortur na Tomku. Zapewniała, że o morderstwie w ogóle nie wiedziała.
Jeden z mężczyzn przyznał się do zabójstwa i przeprosił bliskich Tomka. Drugi zapewniał, że był na miejscu, ale związku z mordem nie miał. Obaj zeznali, że dowódczynią była Monika Sz. Ona i Tomasz K. zostali skazani na karę dożywotniego więzienia, wobec Marka Sz. zastosowano nadzwyczajne złagodzenie kary, ponieważ ujawniał ważne dla sprawy informacje i skazano go na 15 lat więzienia, na 12 lat pozbawienia wolności skazano Roberta W. za udział w porwaniu. Ostatecznie po apelacji Marek Sz. dostał jednak karę 25 lat więzienia.
Żadna zbrodnia nie znajduje uzasadnienia, ale takie nagromadzenie okrucieństwa, wyrachowania i bezprzykładnego bestialstwa zasługuje na potępienie szczególne
— powiedziała sędzia Małgorzata Mojkowska, uzasadniając wyrok.
Monika Sz. jest nie tylko jedną z nielicznych kobiet w Polsce, które odsiadują dożywocie. Jest także matką. W więzieniu skończyła szkołę i została krawcową.
Tomka upamiętnia obelisk ustawiony w Lasku Młocińskim.
2-latek błąkał się poza żłobkiem. Zaskakująca reakcja dyrektorki
Zabójstwo 11-latki we Francji. Zgłaszają się kolejne poszkodowane dzieci
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl





