“Akademie gwałtu” nie znały granic. Jak internetowa sieć przemocy doprowadziła śledczych do Polski? Prokurator ujawnia kulisy śledztwa

0
2

W centrum tej historii znalazła się sprawa Gisèle Pelicot z Francji, której dramat wstrząsnął Europą. Ale podobne mechanizmy ujawniano także w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Polsce. To właśnie dzięki współpracy zagranicznych służb polscy śledczy trafili na trop mężczyzn podejrzanych o udział w tzw. akademiach gwałtu.

Na zamkniętych forach internetowych i szyfrowanych komunikatorach — takich jak Telegram czy Signal — miały działać społeczności, w których użytkownicy dzielili się treściami dotyczącymi przemocy seksualnej. Jak wynikało z ustaleń dziennikarskich, część mężczyzn wymieniała się informacjami dotyczącymi odurzania kobiet środkami farmakologicznymi, a następnie wykorzystywania ich, gdy nie były w stanie wyrazić świadomej zgody.

Początek polskiego śledztwa. Trop prowadził do Wielkiej Brytanii

Jednym z najważniejszych polskich wątków całej sprawy jest śledztwo prowadzone przez prokuraturę w Lublinie. Jak ustaliliśmy, droga do polskich śledczych prowadziła przez Wielką Brytanię. Na materiały dotyczące przestępstwa jako pierwsze natrafiły brytyjskie służby. Sprawa trafiła następnie do polskiej policji, a później do prokuratury.

— Informację o przestępstwie otrzymałem za pośrednictwem Biura do Walki z Handlem Ludźmi Komendy Głównej Policji — mówi prok. Marcin Kozak.

Jak wyjaśnia śledczy, Biuro otrzymało informacje od brytyjskiej policji, która podczas własnych działań natrafiła na przestępstwo.

— Biuro to otrzymało sygnał od policji brytyjskiej, która podczas swoich czynności natrafiła na to przestępstwo. Brytyjczycy ustalili, że sprawcą i ofiarą są Polacy, po czym udało im się namierzyć dane umożliwiające ich identyfikację — słyszymy.

Po przekazaniu materiałów dowodowych polscy śledczy rozpoczęli działania. Przesłuchano pokrzywdzoną, przedstawiono zarzuty i zatrzymano podejrzanego.

Ze względu na dobro ofiary prokuratura nie ujawnia szczegółów dotyczących sprawy. Wiadomo jednak, że śledztwo zostało zakończone, a oskarżony przebywa w areszcie i oczekuje na proces.

Kolejni podejrzani. “Efekt domina” w Wielkopolsce

Lubelskie śledztwo nie było jedynym polskim postępowaniem dotyczącym tego mechanizmu.

W lipcu tego roku policja zatrzymała kolejnych dwóch mężczyzn — tym razem w województwie wielkopolskim, w powiatach kępińskim i słupeckim. Także w tym przypadku kluczowa okazała się współpraca międzynarodowa. Jak przekazał “Faktowi” Andrzej Borowiak z wielkopolskiej policji, pierwsze informacje pochodziły z Niemiec.

— Początkiem sprawy była informacja przekazana za pośrednictwem Biura Międzynarodowej Współpracy Policji KGP przez niemiecką policję — wyjaśnia przedstawiciel służb.

Policjanci, korzystając z zagranicznych materiałów, rozpoczęli działania mające na celu identyfikację podejrzanych.

— Pierwszego podejrzanego (mieszkaniec pow. kępińskiego, lat 45) zatrzymaliśmy 8 lipca. Drugiego podejrzanego (mieszkaniec pow. słupeckiego, lat 22) policjanci zatrzymali 15 lipca — precyzuje Borowiak.

Obaj mężczyźni trafili do aresztu. Jak ustalił “Fakt”, w tej sprawie status pokrzywdzonych mają obecnie dwie kobiety. Przedstawiciel wielkopolskiej policji zwraca uwagę, że schemat działania odpowiada temu, który wcześniej opisali dziennikarze CNN.

— Sprawa ta wpisuje się 1:1 w międzynarodowy proceder wykryty przez dziennikarzy stacji CNN — podkreśla Borowiak.

Kim był “Piotr z Polski”? Tajemnica pseudonimu z reportażu CNN

W amerykańskim reportażu CNN pojawił się pseudonim “Piotr z Polski”. Według dziennikarzy miał on oznaczać jednego z aktywnych uczestników internetowej społeczności skupionej wokół przemocy seksualnej.

CNN informowało, że reporterki miały utrzymywać kontakt z osobą ukrywającą się pod tym pseudonimem. Polscy śledczy podchodzą jednak do tej informacji ostrożnie. — Nie wiem, kim jest “Piotr z Polski”, funkcjonuje po prostu takie hasło medialne — mówi prok. Kozak.

Jak dodaje, osoba opisywana przez CNN nie mogła kontaktować się z dziennikarzami po rozpoczęciu polskiego postępowania.

— Osoba, którą dziennikarki CNN określają mianem “Piotra z Polski”, nie mogła się z dziennikarzami kontaktować z prostej przyczyny: po przyjęciu ustnego zawiadomienia od pokrzywdzonej, mężczyzna ten niezwłocznie usłyszał zarzuty i został tymczasowo aresztowany — słyszymy.

Prokurator wskazuje jednocześnie, że w internecie materiały związane z przestępstwami mogą funkcjonować długo po zatrzymaniu ich autora.

— W internecie funkcjonują różne kanały i czaty – chociażby na Telegramie czy Signalu. Zdarza się, że te same osoby działają w różnych grupach i wymieniają się informacjami. Czasami te same materiały pornograficzne są dystrybuowane różnymi kanałami, na przykład drogą mailową — zauważa śledczy.

To właśnie ten mechanizm może tłumaczyć rozbieżności między ustaleniami CNN a informacjami polskich organów ścigania. Nagrania lub zdjęcia raz umieszczone w sieci mogą być kopiowane i rozpowszechniane przez kolejnych użytkowników, nawet gdy pierwotny sprawca został już zatrzymany.

“Akademie gwałtu” nie tylko we Francji. Śledztwa CNN, Wielka Brytania i sprawa Coco

Polski trop nie pojawił się w próżni. W ostatnich latach kolejne śledztwa dziennikarskie i postępowania prowadzone przez służby różnych krajów ujawniały istnienie internetowych społeczności, w których przemoc seksualna wobec kobiet była nie tylko opisywana, ale miała być także organizowana i wzmacniana przez grupową aprobatę.

Dziennikarze wskazywali, że w zamkniętych społecznościach internetowych mężczyźni mieli wymieniać się doświadczeniami dotyczącymi odurzania kobiet, wykorzystywania ich bez zgody oraz sposobów unikania odpowiedzialności.

Według ustaleń amerykańskiej stacji część uczestników takich grup traktowała przemoc jak rodzaj “wyzwania”, a ofiary jak obiekty, którymi można się dzielić z innymi użytkownikami. Mechanizm opisany przez CNN przypominał to, co ujawniono wcześniej we Francji w sprawie Gisèle Pelicot — kluczowym elementem było pozbawienie kobiety możliwości świadomego wyrażenia zgody.

Francja. Historia Gisèle Pelicot stała się symbolem

Sprawa Gisèle Pelicot pokazała światu, że podobny schemat może działać także poza internetową anonimowością — w zwykłym domu, wśród ludzi prowadzących pozornie normalne życie.

Przez lata Dominique Pelicot odurzał swoją żonę i zapraszał do ich domu mężczyzn poznanych w sieci. Śledczy znaleźli tysiące zdjęć i nagrań dokumentujących przemoc. W 2024 r. po jednym z najgłośniejszych procesów seksualnych we Francji Dominique Pelicot oraz kilkudziesięciu innych oskarżonych usłyszało wyroki.

Gisèle Pelicot zdecydowała się na jawny proces, mimo że oznaczało to publiczne zmierzenie się z najbardziej traumatycznymi szczegółami swojego życia. Tłumaczyła, że nie chce, aby ofiara nosiła ciężar wstydu. — Wstyd powinien zmienić stronę — mówiła.

Jej historia zwróciła uwagę na jeszcze jeden problem: wielu sprawców nie pasowało do stereotypowego obrazu przestępcy. Byli mężami, ojcami, mieli pracę i prowadzili życie, które z zewnątrz wyglądało zwyczajnie. — To byli zwykli ludzie — mówiła Gisèle Pelicot w rozmowie z “WELT”.

Jednocześnie podkreślała, że właśnie ta pozorna normalność jest jednym z najbardziej niepokojących elementów całej sprawy.

Wielka Brytania. “Everyone’s Invited” ujawniło skalę przemocy

Problem internetowych społeczności związanych z przemocą seksualną był szeroko dyskutowany także w Wielkiej Brytanii. W 2021 r. głośno zrobiło się o inicjatywie Everyone’s Invited — platformie stworzonej przez młodą Brytyjkę Somę Sarę, na której tysiące osób anonimowo dzieliły się doświadczeniami dotyczącymi przemocy seksualnej, molestowania i kultury przyzwolenia.

Choć nie była to grupa działająca według schematu opisywanego później przez CNN, sprawa pokazała skalę problemu związanego z przemocą seksualną w środowiskach młodych ludzi oraz to, jak długo ofiary pozostawały bez wysłuchania.

Po ujawnieniu setek świadectw brytyjskie instytucje rozpoczęły debatę dotyczącą edukacji seksualnej, bezpieczeństwa w szkołach i sposobów reagowania na zgłoszenia dotyczące przemocy.

Brytyjskie śledztwa pokazały również inny aspekt problemu: internet może działać nie tylko jako miejsce wymiany treści, ale także jako narzędzie budowania społeczności, w których sprawcy wzajemnie utwierdzają się w przekonaniu, że ich zachowanie jest akceptowalne.

To właśnie podobny mechanizm — według śledczych i dziennikarzy badających sprawę “akademii gwałtu” — miał umożliwiać rozwój zamkniętych grup skupionych wokół przemocy.

Sprawa Coco. Francuskie śledztwo wokół internetowej sieci przemocy

Jednym z najgłośniejszych przykładów wykorzystania internetu do organizowania przemocy seksualnej we Francji była sprawa znana jako sprawa Coco.

Dotyczyła ona platformy internetowej Coco.gg, która przez lata funkcjonowała jako popularny serwis dyskusyjny. Śledczy zaczęli badać ją po ujawnieniu przypadków, w których miała być wykorzystywana do nawiązywania kontaktów prowadzących do przestępstw seksualnych.

Szczególne oburzenie wywołała sprawa Philippe’a P., który miał za pośrednictwem platformy organizować ataki na kobiety. Najgłośniejszym przypadkiem była historia 52-letniej kobiety znanej jako Hélène, która miała zostać zwabiona przez sprawcę, a następnie paść ofiarą przemocy ze strony grupy mężczyzn.

Śledztwo wokół Coco pokazało, że internetowe platformy mogą stać się przestrzenią, w której przestępcy znajdują ofiary, wymieniają się informacjami i koordynują działania.

Choć sprawa nie była bezpośrednio częścią tzw. akademii gwałtu opisywanych przez CNN, wpisywała się w szerszy problem: wykorzystania cyfrowych narzędzi do organizowania przemocy wobec kobiet.

USA. Problem, który wyszedł poza jeden kraj

Także w Stanach Zjednoczonych organizacje zajmujące się bezpieczeństwem w internecie i przeciwdziałaniem przemocy seksualnej od lat ostrzegają przed zamkniętymi społecznościami, w których dochodzi do normalizowania agresji wobec kobiet.

Amerykańscy eksperci zwracają uwagę, że anonimowość sieci może ułatwiać tworzenie środowisk, w których osoby prezentujące skrajne poglądy nie spotykają się z krytyką, lecz znajdują grupę wzmacniającą ich przekonania.

Śledczy podkreślają, że problemem nie jest sam internet, ale sposób, w jaki może być wykorzystywany przez osoby szukające innych sprawców, wymieniające się materiałami lub próbujące ukrywać przestępstwa.

“Chemiczne podporządkowanie jest narzędziem przemocy”

Dla Gisèle Pelicot najbardziej wstrząsające było to, że jej oprawcy nie byli ludźmi żyjącymi poza społeczeństwem. Wielu z nich miało rodziny, pracę i prowadziło zwyczajne życie. Jej zdaniem właśnie dlatego konieczna jest zmiana sposobu myślenia o przemocy seksualnej.

— Chemiczne podporządkowanie jest narzędziem przemocy, a przemoc jest narzędziem męskiej dominacji — mówiła w rozmowie z “WELT”. Podkreślała również, że same przepisy prawa nie wystarczą. — Mentalność musi się zmienić — zaznaczała.

Historia Gisèle Pelicot, śledztwo CNN, brytyjskie przypadki oraz polskie postępowania pokazują jeden wspólny element: przemoc, która kiedyś pozostawała ukryta za drzwiami domów, coraz częściej zostawia cyfrowy ślad. A właśnie ten ślad pozwala dziś śledczym docierać do sprawców działających w różnych krajach i ujawniać sieci, które przez lata wydawały się niewidoczne.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl