Powstanie Warszawskie to nie tylko historia walk i wojskowych decyzji. To także tysiące niewidocznych wcześniej dramatów ludzi, którzy każdego dnia stykali się ze śmiercią. Sanitariuszki opatrywały rany, przenosiły rannych, patrzyły na cierpienie cywilów i żołnierzy. Nie mogły się zatrzymać, nawet gdy zmęczenie i przerażenie przekraczały ludzką wytrzymałość. Ich wspomnienia pokazują Powstanie z perspektywy tych, które były najbliżej ludzkiego bólu.
“Nie czułem nic”. Pierwsze chwile po wybuchu czołgu
Harcmistrz Witold Sawicki “Andrzej”, wychowawca kompanii harcerskiej, wspominał:
(…) Pamięć zachowała tylko kilka obrazów. Wyrwaną, obnażoną nogę, jakiś szczątek ludzki, który mógł być płucem czy wątrobą. Widzę jak przez mgłę zmieniony w krwawy ochłap kadłub bez głowy, rąk i nóg. Szedłem znowu przez straszliwą ulicę. Pożar w naszej bramie pod murem ugaszono. Nagle serce ścisnęło mi się ciężkim przeczuciem. Pod murem domu na chodniku leżały czarne berety. Jeden, drugi, piąty — liczyłem. Były to berety chłopców z plutonu łączników. Ich właściciele znikli. Dosłownie. Bez śladu. Zbierałem te żałosne szczątki po naszych dzieciakach. Nie czułem nic. Napór zdarzeń przekraczał możność odczuwania normalnego człowieka
Ulica zamieniona w piekło. Sanitariuszki ruszają ratować rannych
Basia też tam była. Najpierw wybiegły z kwatery, by zobaczyć wiwatujący tłum, ale ostatecznie wróciły do siebie. A kiedy usłyszały potężny ryk, już wiedziały, że to czołg wybuchł. Chwytają nosze i biegną na miejsce zdarzenia. Idą w smrodzie spalonej krwi, wśród porozrywanych ciał, wśród pyłu. Słyszą jęk.
Krew, coraz więcej krwi, całe kałuże (…). Krew na ścianach okolicznych budynków, z których przed chwilą odleciał tynk. I cały czas ten duszący, słodki zapach krwi — tego nie można wytrzymać. (…) w oknach strzępy ludzi, (…) nogi ślizgają się w mózgu, wnętrznościach. (…) Jęki wydobywające się z tej góry poszarpanych ludzi są nie do pojęcia, nie do przyjęcia (…). Chodzimy prawie jak lunatyczki, pracujemy jak automaty. Wygrzebani spośród szczątków ranni byli odprowadzani do szpitala. Leżeli w długich kolejkach do sali, do stołu operacyjnego. Lekarze pracowali bez wytchnienia, już tylko przy świecach, bo wybuch czołgu zniszczył przewody elektryczne. Ilu rannych doczeka się swojej kolejki? Ile z tych dzieci, które cichutkie i blade leżą na ziemi? One nawet nie jęczą, nie płaczą. A może już nie żyją. Co za straszne rany. Tuż obok rannego bez nogi leży człowiek — cały. Prędko. Obie nogi i ręce, nie widać obrażeń. Podchodzę, bo może… Czyż może być jeszcze choćby iskierka nadziei? W pustej czaszce krwawe oczodoły, wyszczerzone zęby.
“Chodzimy prawie jak lunatyczki”. Walka o każde życie
Pomimo nieustannych niemieckich ataków na Stare Miasto punkt sanitarny funkcjonował w pełnej gotowości, a sanitariuszki wykonywały swoje obowiązki w stanie całkowitego wyczerpania fizycznego i psychicznego. Każdy atak pocisków czy bombardowanie obracały w proch infrastrukturę punktu, niszcząc okna, drzwi, rujnując sprzęt medyczny i środki opatrunkowe.
Personel natychmiast podejmował działania — zabezpieczał rannych, przywracał punkt do używalności i kontynuował udzielanie pomocy. Życie w ciągłym zagrożeniu i konieczność szybkiego reagowania wykształciły zarówno u sanitariuszek, jak i rannych poczucie obowiązku, dyscyplinę i odpowiedzialność za siebie nawzajem.
Tworzyły się więzi oparte na zaufaniu i opiece, a każda udzielona pomoc, każde podnoszące na duchu słowo dawały siłę i motywację do dalszej pracy, mimo zmęczenia, niedożywienia i trudnych warunków. Praca wśród rannych cywilów stawała się coraz bardziej wymagająca — obejmowała osoby poparzone, poranione, potłuczone, z ranami postrzałowymi, amputacjami czy ropiejącymi zakażeniami. Najtrudniejsze było opatrywanie poparzonych, zrywanie przylepionych, cuchnących bandaży i przemywanie ran.
Pomimo fizycznego zmęczenia i smrodu dziewczęta wytrwale wykonywały swoją pracę, zachowując spokój i uśmiech, by podtrzymać morale poszkodowanych. Przemieszczanie się między zniszczonymi budynkami często wymagało czołgania się przez otwory w murach, w dusznych, ciasnych schronach. Pomimo ciągłego zagrożenia i hałasu wojny sanitariuszki nieustannie udzielały pomocy, wykazując niezwykłą wytrwałość i poświęcenie.
Starówka upada. Powstańcy zostają bez wyboru
Po chwili na pozycje wrócili powstańcy z nową bronią, a żołnierze AL zgłosili konieczność powrotu na swoje stanowiska. Basia uzyskała od ich dowódcy zgodę na chwilowe dalsze wsparcie, co pozwoliło jej dotrzeć do barykady i upewnić się, że obrońcy Krzywego Koła przeżyli. Porucznik “Zawrat” powierzył dowodzenie barykadą Wojtkowi, a jej na krótko przekazał dom Baryczków, dzięki czemu faktycznie objęła funkcję dowódcy.
Po powrocie “Szczerby”, który stawił się na odprawę z nowym karabinem maszynowym, jej zadanie dobiegło końca. Po dotarciu do kościoła Paulinów stało się jasne, że tu będą czekać na wejście do kanałów. Starówka była już w stanie niemal zbiorowej ucieczki, lecz możliwość zejścia pod ziemię miała tylko część oddziałów. Napięcie rosło z każdą chwilą. Przy wyjściu padł rozkaz pozostawienia całego ekwipunku. Na ziemi leżały już stosy porzuconych rzeczy należących do tych, którzy zeszli wcześniej.
Autorka dołożyła do nich swój starannie kompletowany tobołek sanitarny, a na wierzchu położyła koc, który wielokrotnie chronił ją przed chłodem i pozwalał na namiastkę snu. Widziała go jeszcze, gdy odchodziła, jak coś bliskiego, z czym trzeba się rozstać, nie mając pewności, że kiedykolwiek się to odzyska.
Ostatnia droga pod ziemią. Koszmar przejścia kanałami
Do kanału wchodzili kolejno, jeden za drugim: najpierw wyprostowani, po chwili już na ugiętych nogach, aż w końcu zmuszeni do pełzania. Spadali w czarną czeluść, zwykle na szczęście z niewielkiej wysokości. Ją spotkało to samo.
W środku panował zupełny mrok, a w wąskim, niskim korytarzu niósł się echem szum płynących nieczystości i roztaczał się ciężki, duszący zapach. Szli w wodzie sięgającej kostek, trzymając się za ręce i poruszając się możliwie bezgłośnie. Wszyscy mieli świadomość, że Niemcy wrzucają do kanałów granaty i środki zapalające, ale tę myśl należało natychmiast odsunąć, by móc iść dalej. Z każdą minutą przeprawa stawała się coraz trudniejsza.
Kanały były niskie, owalne, zupełnie nieprzystosowane do długiego przejścia. Nie dało się wyprostować ani normalnie postawić stóp. Basia miała na nogach cienkie czółenka na obcasach, podarowane po utracie buta na barykadzie. W ruinach jeszcze dawała sobie z nimi radę, w kanałach stawały się dodatkową torturą. Ból nóg, kręgosłupa i zmęczenie potęgowały się, a gazy unoszące się nad ściekami powodowały zawroty głowy.
Coraz częściej robiono postoje. Niektórzy siadali wprost w brudnej wodzie. Pojawiała się pokusa, by po prostu się położyć i już nie wstawać. Im bliżej wyjścia, tym kanał stawał się niższy. Ciała były już niemal całkowicie zgięte, a ból przeradzał się w otępienie. Informacja, że do końca pozostało 500 metrów, nie przynosiła ulgi. Ostatni odcinek ciągnął się w nieskończoność, lecz mimo skrajnego wyczerpania wszyscy przyspieszali, popychani jedną myślą — dotrzeć do światła.
500 metrów do wolności. Najdłuższa droga życia
Wyjście z kanałów nie było triumfem. Obce dłonie chwytały uratowanych i ciągnęły ich w górę, a oni bez oporu powierzali im swoje wycieńczone, przesiąknięte fetorem ciała. Czuli się wyzuci z emocji, jakby byli wydrążeni w środku, jakby wszystkie uczucia zostawili tam, pod ziemią. Z mroku nagle wyłoniły się nienaruszone kamienice, czyste ulice, światło i woda — widok tak nieprawdopodobny, że aż trudno było uwierzyć.
U zbiegu Wareckiej i Nowego Światu zaprowadzono ich na posiłek, po którym padli na słomę rozłożoną na betonie i natychmiast zapadli w sen, nie zważając już ani na brud, ani na zapach.
Światło po mroku. Ale wojna jeszcze się nie skończyła
W Śródmieściu szybko jednak zaczęły się dni głodu, tułaczki i nieufności. Rzucano oskarżenia, że ci ze Starówki rabują, a każdą drobną kradzież zapisywano na rachunek nowo przybyłych, choć sami nie mieli co jeść. Zmieniali kolejne prowizoryczne kwatery, uciekając przed bombardowaniami, pożarami i walącymi się domami. Po drodze tracili ludzi, nadzieję i poczucie sensu. Aż w końcu przyszły zawieszenie broni i bolesna świadomość klęski.
Po kapitulacji oddali broń i zostali wzięci do niewoli. Wycieńczeni, przytłoczeni tragicznymi przeżyciami i poczuciem klęski, przeszli przez zrównane z ziemią miasto. Skierowano ich do Ożarowa, a stamtąd zakratowanymi wagonami, stłoczonych jeden przy drugim, powieziono w nieznane. Tak skończyła się powstańcza, a zaczęła obozowa codzienność w stalagu Fallingbostel.
Od Powstania do niewoli. Koniec nadziei
Barbara w każdej dogodnej chwili pisała pamiętnik. Wykorzystała go później do odtworzenia swoich wspomnień z Powstania Warszawskiego. Zawsze interesowała ją literatura, choć wybrała filozofię u profesora Kotarbińskiego. Później profesor musiał się ukrywać. Skończyły się więc lekcje, rozmowy i rozważania.
Marzyła o wielkim świecie, poszerzaniu horyzontów, zgłębianiu wiedzy, ale wojna wszystko zmieniła. Nie tylko zresztą wojna. Zapytana w jednym z wywiadów, z jakim nastawieniem szła do Powstania, odpowiedziała:
Z radością — to było coś wspaniałego! Nie zastanawiałam się nad tym, czy powstanie się uda: tak daleko myślą nie sięgałam
Powyższy tekst jest fragmentem książki “Sanitariuszki. Miłość i śmierć w Powstaniu Warszawskim” autorstwa Sylwii Winnik. Publikujemy go za zgodą wydawcy z okazji 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl







