Rodzina o tragedii dowiedziała się dopiero kilka godzin po wypadku. Najpierw były nerwowe telefony do policji, konsulatu i szpitali. Informacji brakowało, a bliscy żyli w potwornej niepewności.
Wypadek polskich pielgrzymów na Węgrzech. “Telefon, który zmienił wszystko”
— Na początku nic nie wiedzieliśmy. Dopiero dzwoniliśmy na policję, do konsulatu i wtedy zaczęliśmy dowiadywać się szczegółów — opowiada pan Łukasz, który do węgierskiego szpitala w Miszkolcu przyjechał z bratem.
O śmierci ojca dowiedział się od rodziny. — Ciocia do mnie z drogi zadzwoniła, mówiła, że taty nie udało się uratować… — dodaje pan Łukasz. — To miał być zwykły wyjazd na pielgrzymkę. Pojechać i wrócić. Taki był plan, niestety tato już nie wróci do domu.
“Wstaliśmy z łóżka i ruszyliśmy na Węgry”
Kiedy bliscy usłyszeli o katastrofie, wsiedli do samochodu i ruszyli setki kilometrów przez Europę. — Jak dostaliśmy telefon, tak jesteśmy w tych samych ciuchach. Wstaliśmy z łóżka, ubraliśmy się i wyjechaliśmy — opowiada jedna z osób czekających pod szpitalem.
“Mama tylko się obudziła”
Mama pana Łukasza przeżyła katastrofę. Trafiła do szpitala z obrażeniami ręki. Największy cios miał jednak nadejść później. — Mama jest w dobrym stanie. Ma tylko lekką ranę ręki — mówi jej syn.
Kobieta niewiele pamięta z samego wypadku. Powiedziała tylko, że się obudziła, gdy autokar wpadł do rowu. Więcej nie była w stanie powiedzieć — relacjonuje.
Pan Łukasz przyznaje, że rozmowa o tym, że tata nie żyje, będzie bardzo trudna. — Dopiero jutro pewnie będziemy o tym rozmawiać — mówi syn poszkodowanej.
/4
Zoltan Mathe/MTI via AP/East News
Wypadek polskiego autokaru.
/4
Woźnica Łukasz / newspix.pl
W wypadku polskiego autokaru na Węgrzech zginął tata pana Łukasza.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl



