O Julii Wróblewskiej pisaliśmy rok temu w “Fakcie”. Dziewczynka dostała drugie życie i wraca powoli do zdrowia.
U Julci, jeszcze zanim przyszła na świat, zdiagnozowano poważną wadę serca — tetralogię Fallota z atrezją pnia płucnego i hipoplastycznymi gałęziami płucnymi. To złożona wada, która wymagała specjalistycznego, wieloetapowego leczenia. Diagnoza, którą usłyszeli rodzice, wywróciła ich życie do góry nogami. Problemy z serduszkiem były na tyle poważne, że po porodzie, który odbył się 20 czerwca 2024 r. w Instytucie Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, rodzice od razu usłyszeli, że ich córka z tą wadą będzie żyć tylko kilka lat. Po wyjściu ze szpitala Julcia przez wiele miesięcy była podpięta do specjalnego urządzenia monitorującego wydolność jej serca. Rodzice dziewczynki odwiedzili mnóstwo specjalistów, by ratować życie córki, ale wszyscy rozkładali ręce.
— Wada była bardzo zaawansowana. Odwiedziliśmy mnóstwo specjalistów, ale powiedziano nam, że tylko operacja w Stanach może ocalić jej życie. Usłyszeliśmy, że musimy uzbierać 11 mln zł, aby nasza córeczka mogła dalej żyć. Świat nam się zawalił. Modliliśmy się każdego dnia, prosząc Boga o pomoc — opowiada pani Andżelika. I wtedy stał się cud.
Julcia w każdej chwili mogła umrzeć. Lekarz z Katowic uratował jej życie
Rodzice Julci dowiedzieli się o doktorze Grzegorzu Zalewskim z Katowic, który szkolił się w Stanach Zjednoczonych pod okiem najlepszych tamtejszych specjalistów i wykonuje skomplikowane operacje na otwartym sercu.
— Zadzwoniłem tam i poprosiłem o rozmowę z tym lekarzem. Opowiedziałem mu o problemie córki, że jesteśmy w Łodzi, a nasza Julcia jest zakwalifikowana do operacji. Pan doktor wysłuchał mnie z uwagą i kazał przyjechać z dokumentacją. Tak też zrobiłem. Na miejscu przekazałem mu pełen opis kardiochirurgów z Łodzi. Po zapoznaniu się z dokumentami powiedział, że nie zgadza się z tym opisem — tłumaczy tata małej Julci. Poinformował, że trzeba skorygować każdą wadę, żeby nie było potem komplikacji.
— Usłyszałem, że do usunięcia są wszystkie wady i jeśli się zdecydujemy na Katowice, to on na koniec stycznia chce Julkę widzieć na oddziale — dodaje pan Tomasz.
Julka trafiła na stół operacyjny. “Nie chciałam jej oddać”
Jak twierdzą rodzice, przed operacją lekarz poinformował ich, że nie wie do końca, jak będzie wyglądać jej przebieg. Początkowo zakładano wykonanie dwóch zabiegów w różnych terminach, ale w końcu podjęto decyzję, żeby wykonać wszystko za jednym razem. 31 stycznia dziewczynka trafiła na stół operacyjny. Dla rodziców był to czas, którego nie zapomną do końca życia.
— O godzinie 8:40 przyszli po nią. Nie chciałam jej oddać. Płakałam jak dziecko. Potem pożegnaliśmy się z nią i zniknęła za drzwiami bloku operacyjnego. To było okropne uczucie — opowiada mama Julki.
“Przez 13 godz. modliłam się do Boga, by nie zabierał mi córki”
Operacja trwała 13 godz. W tym czasie rodzice cały czas siedzieli pod blokiem operacyjnym i modlili się o jej życie.
— Te 13 godz. trwało jak wieczność. Modliłam się do Boga, by nie zabierał mi Julci, przecież to on zesłał mi tego wspaniałego doktora. Co chwilę wychodzili inni lekarze, a ja patrzyłam, czy to nasi. Nigdy tego nie zapomnę — wspomina pani Andżelika. Jak twierdzi, to były chyba najgorsze chwile niepewności w jej życiu.
— To czekanie było najgorsze. Dopiero po wielu godzinach doktor wyszedł i powiedział nam, że wszystko się udało i że kończą ją zszywać. Lekarzowi udało się skorygować wadę serca oraz zająć się problemami związanymi z płucami — dodaje. Dziewczynka została przewieziona na OIOM, gdzie rodzice mogli ją zobaczyć. Pierwsze spotkanie z córką po operacji było dla rodziców niesamowitym przeżyciem.
— Z jednej strony była wielka radość, że wszystko się powiodło. Z drugiej strony był strach, bo przecież po takiej poważnej operacji wszystko się może zdarzyć — opowiadają rodzice. Najbardziej poruszył ich widok córki podpiętej pod tę całą aparaturę.
— Widok córki z przeciętą klatką piersiową pod tą całą aparaturą jest niewyobrażalnie ciężki. Tego nie da się opisać — dodają.
Skorygowali jej serduszko. Może żyć bez aparatury
Po wybudzeniu ze śpiączki u Julki pojawił się chwilowy problem z gromadzeniem się płynu w płucach, dlatego jej pobyt na OIOM-ie się wydłużył. Dopiero po 15 dniach mogła wrócić z rodzicami do domu. W sobotę 26 września odwiedził ją reporter “Faktu”. Od ostatniego spotkania sporo urosła. Jest wesoła i chętnie bawi się z siostrami. Nie potrzebuje już żadnej aparatury, pulsoksymetru ani góry leków. Jej wada została skorygowana i może normalnie funkcjonować. Powrót do normalności nie oznacza jednak końca rehabilitacji. Dziewczynka nadal wymaga ciągłej pracy.
— Cały czas się rehabilitujemy. Ma napięcia w okolicy klatki piersiowej, pleców, barków. Bliznę trzeba regularnie masować, dlatego cały czas chodzimy na rehabilitację — informuje pani Andżelika.
Lekarz uratował jej życie. Dwa razy swiętuje urodziny
Julcia urodziła się 20 czerwca 2024 r. W czerwcu 2026 r. skończyła dwa lata. Jednak, jak mówi jej mama, obchodzi jeszcze jedną wyjątkową datę — 31 stycznia.
— Ona obchodzi podwójne urodziny: 20 czerwca i 31 stycznia. Ten drugi dzień traktujemy jako dzień, w którym dostała drugie życie. Jakby urodziła się na nowo. Cały czas to mówię. Jesteśmy bardzo wdzięczni lekarzom, ludziom, którzy nas wspierali, modlili się za Julcię i pomagali nam w tym wszystkim — kończy wzruszona pani Andżelika.
3-letni Ignaś walczy o życie. Jego serduszko w każdej chwili może się zatrzymać
Ma cztery lata i przedziwną chorobę. By żyć, musi się uśmiechać
Ma cztery lata i przedziwną chorobę. By żyć, musi się uśmiechać
/8
Krzysztof Burski / newspix.pl
Rodzice dziewczynki dziękują lekarzom oraz ludziom, którzy wspierali ich w tym trudnym czasie.
/8
Krzysztof Burski / newspix.pl
Reporter “Faktu” odwiedził Julkę po operacji. Dziewczynka jest szczęśliwa.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl









