Home International Plecak ewakuacyjny miał mnie uratować. Przez ten jeden szczegół stał się pułapką

Plecak ewakuacyjny miał mnie uratować. Przez ten jeden szczegół stał się pułapką

0
3

Czwartek, 17 września, przed południem. Zaczynam pracę w redakcji o godz. 9. Około 11.30 dzwoni redaktorka “Faktu” pracująca w Łodzi. Mówi, że słyszała dwa potężne huki przypominające wybuchy. Do redakcji piszą też mieszkańcy województwa łódzkiego. Nie wiedzą, co się dzieje.

Sytuacji nie poprawia fakt, że tego samego dnia przed południem mieszkańcy województw podkarpackiego i lubelskiego dostają pilne alerty RCB: “UWAGA! UWAGA! UWAGA! Zagrożenie atakiem z powietrza. Znajdź bezpieczne miejsce”. Wyją syreny — w Zamościu i innych miastach regionu. Szkoły dostają polecenie sprowadzenia uczniów do piwnic. Ewakuacja przebiega sprawnie. Nikomu nic się nie stało.

Wojsko wydaje komunikat: “Informujemy, że huk słyszalny dziś przed południem w centralnej części Polski związany był z przekroczeniem bariery dźwięku przez wojskowe samoloty bojowe. Maszyny zostały poderwane w związku z koniecznością zabezpieczenia polskiej przestrzeni powietrznej podczas uderzeń Federacji Rosyjskiej z użyciem odrzutowych bezzałogowych statków powietrznych na cele w zachodniej części Ukrainy”.

Ale przestraszyli się nie tylko mieszkańcy Łodzi.

W pracy relacjonowałam wojnę w Ukrainie, potężne śnieżyce, powodzie w Polsce, zalanie Głuchołaz, blackouty w Europie i wiele innych sytuacji, w których zagrożone było ludzkie życie. Sama się jednak nie bałam. Jakby takie zagrożenie miało mnie nigdy nie dotyczyć.

17 września zdałam sobie sprawę, że sama nie jestem przygotowana. Wchodzę na stronę rządową i sprawdzam, co powinno znaleźć się w plecaku ewakuacyjnym.

Pakuję mój plecak ewakuacyjny

Czwartek, 17 września, wieczorem. Siadam na podłodze w kuchni i czytam wydrukowany poradnik na czas kryzysu i wojny przygotowany przez Rządowe Centrum Bezpieczeństwa. Wstaję i zaczynam kompletować rzeczy do plecaka ewakuacyjnego.

Problem pojawia się już przy samym plecaku. Różowy plecak z jedną przegródką jest dobry na wycieczkę na plażę, ale nie zmieszczę w nim rzeczy, które mają pozwolić mi przetrwać 72 godziny.

Zaczynam przeszukiwać dom. Znajduję najpotrzebniejsze dokumenty, ale okazuje się, że leżą w różnych szufladach komody w sypialni. Samo ich skompletowanie zajmuje mi około 30 minut.

Idę dalej. Denerwuję się, kiedy jedyna zapalniczka, jaką mam w domu, po naciśnięciu nie daje płomienia. Skończył się gaz. Mam nóż, długopis, notes, komplet sztućców, kurtkę przeciwdeszczową, apteczkę, worki na śmieci, ubranie na zmianę i podstawowe rzeczy do higieny. I właściwie na tym koniec.

A przecież nie pakuję się tylko na wypadek wojny. Konfliktu zbrojnego nie chcę nawet dopuszczać do myśli. Myślę o awarii infrastruktury, blackoucie, pożarze czy powodzi. Chcę być przygotowana na różne scenariusze.

Plecak ewakuacyjny: czy warto kupić już gotowy?

Przez moment mam ochotę pójść na skróty: kupię gotowy plecak ewakuacyjny. Wpisuję w Google: “plecak ewakuacyjny cena”. Pojawia się kilkanaście propozycji z różnych sklepów. Gotowe zestawy można kupić za kilkaset złotych, ale są też takie kosztujące niemal 3,5 tys. zł.

Zaczynam zgłębiać temat. Czytam blogi militarne i survivalowe, oglądam materiały specjalistów. Wielu z nich przestrzega przed najtańszymi gotowymi zestawami, w których poszczególne elementy wyposażenia mogą być słabej jakości.

Ale wydać prawie 3,5 tys. zł? Czytam dalej i dochodzę do wniosku, że najlepiej skompletować wszystko samodzielnie.

Przez siedem dni na zmianę chodzę do paczkomatu albo otwieram drzwi kurierowi. Najpierw przychodzi latarka, potem plecak. Podoba mi się — jest w moro. Następnego dnia jednak go zwracam. Czytam, że w sytuacji kryzysowej wojskowy kamuflaż może nie być najlepszym wyborem dla cywila. Nie chcę nawet potencjalnie wyglądać jak osoba związana z wojskiem. Kupuję więc zwykły czarny plecak.

Przychodzą racje żywnościowe. Od razu ich próbuję. Smakują całkiem dobrze — trochę jak ciasteczka. Są mocno sprasowane i kruche, choć po otwarciu opakowania ich wygląd zdecydowanie nie zachęca do spróbowania.

Każda kolejna paczka oznacza kolejny odhaczony punkt na liście. W końcu zostają rzeczy, których przecież nie muszę kupować, bo mam je w domu.

Idę więc ładowarki do sypialni. Nie ma ich. Wracam do salonu — przecież niedawno właśnie tam ładowałam telefon. Znalezienie wszystkiego zajmuje mi łącznie osiem minut. I wtedy dociera do mnie coś oczywistego: przecież używam tych rzeczy na co dzień. Nie włożę ich na stałe do plecaka. A jeśli wydarzy się coś naprawdę poważnego, nie będę miała czasu biegać po domu i szukać kabli.

Muszę kupić drugi komplet. Tym razem już niczego nie zamawiam. Jadę do sklepu. Dokupuję ładowarkę i kable, a przy okazji podstawowe rzeczy do higieny. One również muszą czekać w plecaku, a nie w łazienkowej szafce.

Co powinno być w plecaku ewakuacyjnym? Moja lista i koszty

Co ostatecznie znalazło się w moim plecaku?

Tak wygląda lista rzeczy, które skompletowałam, wraz z cenami:

  • mała kuchenka — 14 zł
  • gaz do kuchenki — 6 zł
  • tarp — 75 zł
  • szpilki do tarpa — 15 zł
  • plecak — 80 zł
  • latarka — 34 zł
  • latarka czołowa — 9 zł
  • zapalniczka + gaz — 16 zł
  • radio (działa też jak powerbank) — 120 zł
  • taśma — 10 zł
  • zestaw narzędzi + kompas — 77 zł
  • dwie racje żywnościowe — 40 zł
  • etui na dokumenty — 50 zł
  • tabletki do uzdatniania wody — 23 zł
  • wodoodporne etui na telefon — 32 zł
  • mapa Polski — 22 zł
  • gwizdek — 19 zł
  • linka — 19 zł
  • maseczki — 4 zł
  • butelka z filtrem — 49 zł
  • pasta do zębów — 5 zł
  • mydło — 2 zł
  • chusteczki — 5 zł
  • chusteczki mokre — 5 zł
  • ręcznik — 30 zł
  • śpiwór — 100 zł
  • mata — 40 zł
  • dwie paczki baterii — 30 zł
  • grzejki — 40 zł
  • rękawiczki — 8 zł
  • ładowarka i kable — 20 zł.

Do tego dochodzą rzeczy, które już miałam:

  • apteczka — dostałam ją wcześniej w prezencie (koszt takiej to około: 50 zł)
  • leki przeciwbólowe (szacuje, że kosztowały około 30 zł)
  • kamizelka odblaskowa (około 5 zł)
  • kurtka przeciwdeszczowa (około 50 zł)
  • worki na śmieci (około 6 zł)
  • woreczki foliowe (około 10 zł)
  • ubrania na zmianę ( około 100 zł).
  • dwie butelki wody (około 4 zł).
  • herbata (około 10 zł).

Łącznie do tej pory wydałam 999 zł.

Do kompletu brakuje mi jeszcze podpasek i jedzenia dla psa. Zastanawiam się też o dokupieniu sobie jeszcze żywności: miejsca trochę jeszcze jest. Do plecaka włożyłam również gotówkę i kopie najważniejszych dokumentów.

Dowód osobisty, paszport i dokumenty psa zawsze trzymam w tym samym miejscu. Podobnie jest z jego smyczą — wisi przy drzwiach wejściowych. O niej na pewno nie zapomnę, bo Hektor bez smyczy z domu nie wyjdzie.

12 kg ciężaru plecaka ewakuacyjnego

Zakładam plecak. Waży 10 kilogramów. W końcu wszystko jest spakowane. Najmniej potrzebne rzeczy trafiają w miejsca najtrudniej dostępne, a te, które mogą być potrzebne szybko — pod rękę.

Stawiam plecak na wadze: dokładnie 10 kg. Z dwiema butelkami wody robi się już 12 kg. To sporo — zwłaszcza jeśli z takim ciężarem trzeba byłoby przejść nie kilkaset metrów, ale kilka czy kilkanaście kilometrów.

Zakładam plecak i, ku mojemu zaskoczeniu, nie ma dramatu. Przynajmniej na początku. Chodzę z nim po domu przez kilka minut, wchodzę po schodach. Czuję ciężar, ale nie jest jeszcze szczególnie uciążliwy. Tyle że pięć minut to żaden test. Zupełnie inaczej mogłoby być po godzinie marszu, kilku kilometrach, przy zmęczeniu albo konieczności szybkiego przemieszczania się. Do tego w sytuacji prawdziwego zagrożenia dochodziłby stres, a przecież nie mam też pewności, po jakim terenie przyszłoby mi iść.

Zaczynam więc patrzeć na zawartość plecaka trochę inaczej. Czy naprawdę potrzebuję wszystkiego, co do niego włożyłam? Czy poczucie, że jestem przygotowana na każdą ewentualność, nie sprawiło przypadkiem, że spakowałam za dużo? Bo plecak ewakuacyjny ma przecież pomóc mi się przemieścić, a nie stać się dodatkowym obciążeniem.

Znaczenie ma też kondycja fizyczna. Na co dzień robię co najmniej 10 tys. kroków, trenuję cardio, czasami również siłowo. Dlatego ciężar, który przez kilka minut wydaje mi się akceptowalny, dla kogoś innego może być zdecydowanie zbyt duży. Zresztą nawet ja nie wiem, co powiedziałabym o tych 12 kg po kilku godzinach marszu. I chyba właśnie dlatego przed prawdziwą ewakuacją warto byłoby mój plecak jeszcze raz rozpakować i zastanowić się, z czego mogę zrezygnować.

Najwięcej miejsca zajmuje śpiwór oraz przyczepiona do plecaka mata. O ile śpiwór znajduje się w rządowym poradniku, o tyle maty tam nie ma. Nie wszyscy specjaliści wymieniają ją jako niezbędny element, jednak ponieważ waży niewiele, postanowiłam ją przypiąć.

Ciężki jest za to zestaw narzędzi. Na razie zostaje. Wciąż zastanawiam się jednak, czy rzeczywiście potrzebuję wszystkich jego elementów. Podczas pakowania pamiętam też o zabezpieczeniu elektroniki, dokumentów i innych rzeczy przed wodą. Wkładam je do foliowych woreczków strunowych. U mnie sprawdziły się te ze znanej sieciówki, dostępne w kilku rozmiarach.

W poradnikach zalecany jest także oddzielny otwieracz do puszek. Ja go nie kupiłam, bo na razie nie planuję zabierać ze sobą takiej żywności. Konserwy zajmują sporo miejsca i są ciężkie. Niewykluczone jednak, że jeszcze zmienię zdanie. Wciąż zgłębiam też temat tego, co powinnam przygotować dla psa.

A co zabrać dla głowy? W poradnikach pojawia się jeszcze jeden ciekawy element — rzeczy osobiste, które mogą pomóc psychicznie przetrwać trudny czas.

Dla mnie to między innymi notes i długopis. Jako reporterka niemal zawsze mam je przy sobie. Zdjęcia i nagrania przechowuję głównie w telefonie. Tyle że podczas kryzysu oszczędzanie baterii może być kluczowe. Dlatego do dokumentów włożyłam dwie wydrukowane fotografie moich bliskich. Na szyi zawsze noszę też naszyjnik, który wiele dla mnie znaczy.

Mój plecak ewakuacyjny. Czy jestem już przygotowana?

Wielu moich znajomych czeka na ten tekst i dokładną listę rzeczy, które spakowałam. Sami rozważają przygotowanie takiego plecaka. Szukają konkretów, ale niekoniecznie kolejnego zestawienia stworzonego przez eksperta. Chcą zobaczyć, jak wygląda to z perspektywy zwykłej osoby, która pewnego dnia po prostu postanowiła się przygotować.

Nie wiem, czy spakowałam się idealnie. Niewykluczone, że zawartość plecaka przeanalizuję jeszcze z ekspertem. Chętnie posłucham też czytelników i internautów. Już teraz zachęcam do kontaktu — w komentarzach i mailach.

Muszę też pamiętać o “serwisie” plecaka ewakuacyjnego. Część rzeczy — na przykład leki czy żywność — ma termin przydatności. Daty już zaznaczyłam sobie w kalendarzu. Trzeba będzie również pamiętać o bateriach i wymianie części wyposażenia w zależności od pory roku.

W głębi serca liczę, że te wszystkie rzeczy nigdy mi się nie przydadzą. A jeśli już wyjmę śpiwór i matę z plecaka, to po to, żeby latem urządzić sobie biwak na łonie natury, daleko od miasta, i choć na chwilę wrócić do czasów harcerstwa, kiedy każda wędrówka i noc pod gołym niebem były przygodą życia.

Spakowałam plecak ewakuacyjny. Czuję się bezpieczniej

Podczas pakowania plecaka ewakuacyjnego zdałam sobie sprawę, jak trudno przygotować się na sytuację, której przebiegu nie znam. I jak trudne jest to psychicznie — dopuścić do siebie myśl, że któregoś dnia naprawdę mogę znaleźć się w sytuacji zagrożenia.

Teraz jednak czuję się nieco bezpieczniej. Nie dlatego, że plecak daje mi gwarancję, że poradzę sobie w każdej sytuacji. Takiej gwarancji nie daje.

Ale jeśli ktoś rzeczywiście powie mi kiedyś: “Masz pięć minut. Musisz wyjść z domu”, nie będę już przez pół godziny szukała dokumentów, osiem minut ładowarki i zastanawiała się, gdzie właściwie jest latarka.

Złapię plecak, psa i wyjdę.

I właśnie o te kilka bezcennych minut chodziło mi najbardziej.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl