Home International Pięć urn w salonie. “Będę szukał go po tamtej stronie aż znajdę....

Pięć urn w salonie. “Będę szukał go po tamtej stronie aż znajdę. I wtedy go przytulę”

0
4

W ich domach urny stoją obok zdjęć zmarłych krewnych, na szafkach zaś znajdują się odlewy łap i fiolki z sierścią. Dla opiekunów nie jest to ekstrawagancja, lecz ostateczny dowód przywiązania i próba poradzenia sobie ze stratą pełnoprawnego członka rodziny. Zapytaliśmy Polaków o ich najtrudniejsze, a zarazem najpiękniejsze pożegnania.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Ostatnia droga do krematorium. Taksówkarz z Rzeszowa nie oddał psa do utylizacji

Decyzja o eutanazji to ostateczność, do której zazwyczaj prowadzi ciężka choroba. Akamaru, pies w typie bichon frise, pojawił się w życiu pana Zenona dokładnie 11 lat temu. — Jestem taksówkarzem, a piesek prawie codziennie towarzyszył mi w pracy. Starałem się, aby nie był sam — wspomina. Zapewniał mu fryzjera cztery razy w miesiącu i wyjazdy.

— Pamiętam święta Bożego Narodzenia, kiedy robiłem mu łososia i dorsza z masełkiem w piekarniku. Był zachwycony, zjadał wszystko — mówi.

Wszystko zmieniła diagnoza: zapaść tchawicy i padaczka. Taksówkarz szukał ratunku dla przyjaciela w wielu polskich miastach. Gdy 23 lipca stan zwierzęcia drastycznie się pogorszył, pan Zenon wyjechał po godzinie szóstej rano do kliniki w Lublinie. Po trudnej decyzji o eutanazji przyjaciela zdecydował się na jego indywidualną kremację. Uznał, że zostawienie martwego psa u weterynarza i czekanie na urnę przez okrągły tydzień jest dla niego absolutnie niewyobrażalne.

— Przyjacielem trzeba być do końca, do ostatniego oddechu — tłumaczy. Dziś w jego domu stoi pamiątkowa urna i specjalnie wykonana z wosku figurka odzwierciedlająca wygląd psa. O swojej relacji z Akamaru mówi krótko:

Kiedyś do niego dołączę i będę go szukał po tamtej stronie aż znajdę. I wtedy go przytulę. Akamaru, kocham cię, do zobaczenia tam na górze.

Kremacja kota i bolesna eutanazja. Gdy leczenie neurologiczne zawodzi

Przez równie dramatyczny proces leczenia i pożegnania przeszła pani Sandra. Jej kot Franek, urodzony w 2015 r., od młodości zmagał się z poważnymi problemami pokarmowymi. Z tego powodu nigdy nie osiągnął wagi typowej dla rasy maine coon. W 2024 r. doszły do tego kłopoty z wątrobą, wymagające codziennych kroplówek. Prawdziwe załamanie zdrowotne przyszło podczas rekordowych upałów. Po wyjściu na balkon zwierzę zaczęło chodzić po mieszkaniu ze spuszczoną głową, fizycznie odbijać się od domowych mebli i głośno “chrupać” zębami. Rezonans przyniósł druzgocącą diagnozę: rozległe zmiany guzowate śródczaszkowe, najprawdopodobniej mnogie oponiaki.

Natychmiast zapadła decyzja o eutanazji. Następnie, podobnie jak u pana Zenona, wybór padł na lubelskie krematorium. Opiekunka wykluczyła pochówek na cmentarzu zlokalizowanym daleko za Rzeszowem, bo nie chciała zostawiać zwierzęcia w zupełnie obcym miejscu i zdecydowała się na urnę. Cały proces kremacji w Lwim Sercu był relacjonowany SMS-ami, co pomogło jej przeżyć te trudne chwile. Do dziś mierzy się z ciężkim powrotem do pustego mieszkania.

Zauważyła też rozdzierający serce detal. — Mamy okna równo z innym mieszkaniem, gdzie jest kotka. Odkąd Franka nie ma, kotka codziennie siedzi na oknie w okolicach 4/5 rano i patrzy w to okno, gdzie był mój kotek — mówi.

Trucizna, udar i wielki powrót. Dramatyczna walka o życie Ramzesa

Losy zwierząt bywają nierozerwalnie splecione z ludzkimi dramatami. Pies Ramzes, odrzucony za młodu przez matkę, wyrósł u pani Moniki na wiernego i niezwykle walecznego przyjaciela. Jeździł z rodziną na skuterze, pilnował domu, a podczas spacerów cudem przeżył otrucie żrącą substancją ukrytą w wędlinie. Gdy jego właścicielka przeszła udar niedokrwienny, czuwał przy niej i szturchał ją łapą. Niestety, w wyniku trudnej sytuacji rodzinnej po wyprowadzce, pani Monika nie mogła widywać psa przez niemal siedem lat. Gdy matka kobiety przeszła udar, Ramzes wrócił do swojego pierwszego domu. Pies natychmiast poznał właścicieli. Szalał z radości.

Dramat rozegrał się niedługo po wielkim powrocie. Uszkodzone wcześniej jelita i wątroba odmówiły posłuszeństwa. Zwierzę z trudem stawiało kroki, było znoszone na rękach. Przestało jeść. Pani Monika opisuje 28 kwietnia: — Ramzio nawet sam przeszedł kawałek drogi, sam wszedł do lekarza, dał sobie ogolić łapkę i odejść godnie. Kiedy mam złe dni, siadam i rozmawiam z nim — opowiada.

Opiekunowie trzymali go na rękach do samego końca. Skremowali go indywidualnie i dziś trzymają urnę w salonie.

Ostatnie pożegnanie w domowym stadzie. “Leżała na zielonym kocyku”

Nagła śmierć to potężny cios i ogromna zmiana organizacyjna nie tylko dla ludzi, ale także dla pozostałych zwierząt. Pani Kinga z Włocławka walczyła o życie suczki Żabki przez ponad rok po zdiagnozowaniu ciężkiej zastoinowej niewydolności serca. Pies dożył 12 lat. Świadoma nadchodzącego końca opiekunka była przygotowana. Złożyła zamówienie na specjalną psią trumienkę, a podczas ostatniego spaceru na zewnątrz zabrała ukochaną zabawkę Żabki.

Potem nastąpił dla niej najtrudniejszy, ale konieczny krok. — Wzięłam na ręce każde zwierzątko i pozwoliłam im powąchać Żabkę i się pożegnać. Myślę, że zrozumiały, co się stało — wspomina.

Tak samo po śmierci Lucka, Molly i Didi postąpiła pani Agnieszka, organizując powrót ciał do domu, by inne psy “zobaczyły i po swojemu się pożegnały”. Wkrótce cała trójka pojechała na cmentarz dla zwierząt. — Zrobiliśmy rezerwacje miejsc koło Lucka, żeby mogły wszystkie leżeć razem obok siebie — mówi.

Kiedyś śmierć psa w lecznicy oznaczała bezpowrotne rozstanie i utylizację, dziś właściciele budują w salonach prawdziwe domowe ołtarze pamięci. Poruszającym dowodem na to jest wyznanie pani Renaty, która podzieliła się swoim sposobem na radzenie sobie z żałobą. “W naszym salonie stoi pięć urn. Za każdą z nich kryje się jakaś historia” — przyznaje wprost.

Psycholog o uśpieniu zwierząt. “Żałoba po kocie i psie nie jest żadnym powodem do wstydu”

Historie Polaków dowodzą, że to zupełnie naturalna reakcja obronna na utratę bliskiego. Z grup wsparcia dla opiekunów wylewa się ogromny smutek. “Ból okropny, rozrywający całe moje ciało na miliard kawałków. Razem z Lusią umarła część mnie” — opisuje stratę psa pani Ewa. Krótki wpis pani Gosi oddaje tę dojmującą pustkę równie mocno: “żyję bez serca, bo wszystko, co kochałam, odeszło”.

Głos w dyskusji zabrała również pani Katarzyna, psycholożka, która w warszawskim krematorium indywidualnie spopieliła kota Londyna i psa Kogę. Zdradza, że “część z tych prochów została rozsypana w miejscach, w których nasza psica z nami lubiła przebywać”.

Bezkompromisowo apeluje o normalizację tematu odejścia ukochanych pupili. — Zwierzęta to nasza rodzina. Żałoba po zwierzaku jest zupełnie normalną żałobą, nie jest absolutnie żadnym powodem do wstydu — mówi.

Sama ma w korytarzu nieruszone akcesoria po psie. — Stoją miski Kogi. Nie ruszyliśmy ich […], nie czujemy się gotowi na to, żeby je sprzątnąć, nie mamy z tego powodu wyrzutów sumienia.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl