Idą tam, gdzie nie może wejść rodzic. “W szpitalu jesteśmy łącznikiem między dzieckiem a personelem”

0
2

Kiedy sześciolatka przykryta kołdrą po sam nos jedzie na blok operacyjny, w jej oczach widać przerażenie. Mama dziewczynki jest na granicy płaczu. Nie są tu pierwszy raz. Wtedy pojawia się ona — w białym kitlu, fascynatorze i z czerwonym gumowym nosem. — Jestem dr Eugenia Pluj, szefowa. Wiesz, co to jest “koza”? — pyta. “Chyba narkoza” — poprawia ją dziewczynka. — To wiesz, że potem zaśniesz? Lubisz spać? — pyta miękko pani klown. Kiwnięcie głową. — Może wymyślimy razem sen, w który za chwilę odpłyniesz? Co myślisz o dżungli? — dopytuje. Mała pacjentka zapomina o strachu, a po chwili zaczyna ryczeć jak tygrys. Łóżko dziewczynki przejeżdża przez czerwoną linię. Dalej mama nie może jej towarzyszyć. Idzie z nią jednak dr Eugenia i będzie przy dziewczynce, dopóki ta nie zaśnie.

Czerwony nos i lekarski kitel. Kim jest klown medyczny (i kim nie jest)?

Klowni medyczni z Fundacji Czerwone Noski są obecni w Polsce od 2012 r. i należą do międzynarodowej sieci RED NOSES International. Łącznie jest to 37 osób, a każda z nich to doświadczony artysta sceniczny — aktor, muzyk, performer — który, zanim przekroczył próg szpitala czy Domu Pomocy Społecznej, musiał przejść wieloetapowy i wymagający casting.

Nie chodzi o zaśpiewanie piosenki czy odegranie przygotowanej sceny. Casting to trzydniowe warsztaty, podczas których sprawdzana jest umiejętność przeniesienia “małej sceny” do szpitala, ale też improwizacji, pracy z emocjami. To także sprawdzian empatii, uważności i wrażliwości.

— Nie trzeba być pedagogiem ani psychologiem, aczkolwiek jest to mile widziane. Nad umiejętnościami miękkimi i psychologicznymi pracujemy w kolejnych etapach, gdy ktoś przejdzie cały casting — wyjaśnia nam Monika Dąbrowska-Jarosz, która od 13 lat jest klownem medycznym — dr Eugenią Pluj. Z wykształcenia jest kulturoznawczynią i aktorką.

— Kiedy skończyłam studia, miałam za sobą parę projektów zawodowych, zaczęłam zastanawiać się co dalej. Trafiłam na informację o castingu na klowna medycznego. Pierwszy raz spotkałam się z tym określeniem, ale z opisu zrozumiałam, że jest to połączenie sztuki teatralnej, którą się zajmuję, clowningu, którego chciałam spróbować, i trochę medycyny, która zawsze mnie fascynowała. Bardzo lubię też pracować z ludźmi, więc postanowiłam spróbować swoich sił i sprawdzić, jak to będzie — przyznaje.

Casting to także moment, w którym sam kandydat może sprawdzić, czy odnajduje się w roli klowna medycznego. Wbrew wyobrażeniom ta praca to nie cyrkowe show z balonami, piszczałkami i konfetti. — W szpitalu jesteśmy łącznikiem między dzieckiem a personelem medycznym — tłumaczy Monika Dąbrowska-Jarosz.

Klown nie jest tylko od tego, żeby wzbudzać salwy śmiechu. Jego zadaniem jest wspierać w taki sposób, w jaki potrzebuje tego dana osoba. Jedne dzieci będą potrzebowały energicznej interakcji, inne uspokojenia i ukojenia

— dodaje.

Raz jest to zaśpiewanie piosenki, innym razem towarzyszenie dziecku w drodze na salę operacyjną, gdzie nie może wejść z nim rodzic, a jeszcze innym — podanie rodzicowi chusteczki, gdy potrzebuje się wypłakać. Dlatego ten zawód, oprócz empatii, wymaga też psychicznej odporności.

— Jeżeli ktoś rezygnuje, to właśnie na etapie castingu. Wtedy następuje zderzenie z rzeczywistością, że ta praca polega na czymś innym niż tylko założenie kolorowej peruki, dużych butów i dmuchanie baniek i balonów — przyznaje Monika Dąbrowska-Jarosz.

Osoby, które przejdą casting, czeka długi proces szkoleniowy, aby uzyskać certyfikat profesjonalnego klowna medycznego. — Składa się on z 560 godzin zajęć w pięciu modułach: artystycznym, psychologicznym, socjologicznym, komunikacyjnym i z podstaw medycznych — wyjaśnia nasza rozmówczyni i dodaje: — Łącznie mamy pięć lat na zdobycie certyfikatu.

“Muszę sprawdzić nasze social media”

W sali jest troje nastolatków. Cisza jak w muzeum. Każde spogląda w swój ekran. Nagle rozlega się pukanie do drzwi. — Możemy wejść? — pytają klowni. “Przecież to dla dzieci” — odbija się na twarzach młodzieży, ale oczy mówią o czymś innym.

Dr Eugenia Pluj zatrzymuje się więc w progu, wyciąga chrumkającą świnkę i zaczyna stukać w nią jak w laptopa. — Chyba muszę sprawdzić nasze social media… — mruczy pod nosem z powagą. — A może zrobię selfie? — zastanawia się i sięga po starą słuchawkę telefonu i zaczyna stukać w nią jak w smartfon, podczas gdy odcięty kabel kołysze się w rytm drgań.

Początkowo nastolatki udają, że ich to nie interesuje, potem zaczynają zerkać kątem oka, a chwilę później odkładają telefony. Gdy klowni wychodzą, nastolatki zaczynają rozmawiać między sobą — pierwszy raz, choć są na jednej sali już od pięciu dni.

W ubiegłym roku odwiedzili ponad 23 tys. osób. “Dostajemy prośby z wielu miejsc”

Klowni medyczni zazwyczaj pracują w duetach, rotacyjnie, ale gdy do zespołu dołączają nowe osoby, tworzą się trójki tak, aby nowi klowni mogli najpierw poobserwować starszych kolegów i koleżanki, zanim sami wypłyną na szerokie wody. Nie trafiają jednak od razu na głębiny — zaczynają od pracy na “lżejszych” oddziałach.

— Nie zabieramy osób, które dopiero zaczynają pracę, na oddziały onkologiczne, bloki operacyjne czy rezonans magnetyczny, ponieważ uważamy, że te miejsca wymagają bardzo dobrego przygotowania m.in. psychicznego, artystycznego i z podstaw medycznych, które zdobywa się wraz z doświadczeniem, już w trakcie pracy w fundacji — mówi nam Monika Dąbrowska-Jarosz.

Klowni medyczni często przynoszą ze sobą na oddział małe instrumenty muzyczne.

Fundacja Czerwone Noski / Tomasz Wilczkiewicz

Klowni medyczni często przynoszą ze sobą na oddział małe instrumenty muzyczne.

Czerwone Noski wizytują w dziesięciu placówkach — szpitalach, ale i Domach Pomocy Społecznej — w siedmiu polskich miastach: Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu, Chorzowie, Katowicach, Krakowie i Warszawie.

— Dostajemy prośby z wielu innych miejsc i chcielibyśmy być wszędzie, ale po prostu nie mamy na to środków. Jesteśmy organizacją pożytku publicznego. Staramy się o różne granty, ale to, że możemy działać i realizować naszą misję, zawdzięczamy przede wszystkim darczyńcom — wyjaśnia nasza rozmówczyni. — Skupiliśmy nasze działania tam, gdzie są one najbardziej potrzebne. Mamy 37 klownów, a w zeszłym roku dotarliśmy z indywidualnymi wizytami do ponad 23 tys. osób — obrazuje Monika Dąbrowska-Jarosz.

Wystarczy mrugnięcie

Pojedyncza wizyta trwa około 20-30 min. klown medyczny nie robi spektaklu, nie prowadzi animacji i nie ma scenariusza. Jest tylko on, dziecko i rodzic, szpitalna przestrzeń i rekwizyty — małe instrumenty muzyczne takie jak ukulele, kalimba, dzwonki i grzechotki, pacynki, przerobiony stetoskop, chrumkająca świnka. Może być to nawet łyżka od zupy, która posłuży do “badania”.

Fundacja Czerwone Noski

Każdy klown medyczny ma swój zestaw rekwizytów. Nawet zwyczajna rzecz może zostać wykorzystana w nietypowy sposób, aby “odczarować” szpitalną przestrzeń.

Do każdego pacjenta klowni podchodzą indywidualnie, w zależności od potrzeb. W Klinice Budzik są wsparciem podczas wybudzania dzieci ze śpiączki. Cicho dzwonią dzwoneczkami, mówią, bo dziecko przecież uważnie słucha. W pewnym momencie widzą mrugnięcie powieką, to pozwala stworzyć pierwsze połączenie. Malutkie, kruche, ale prawdziwe.

I tak krok po kroku, klowni budują relację z pacjentem. Czasem trwa to kilka miesięcy, czasem nawet rok. Wybudzanie ze śpiączki nie wygląda bowiem tak jak w bajce o Śpiącej Królewnie. To stopniowy proces i ogromna praca — dziecka, rodzica, całego sztabu rehabilitantów, lekarzy i psychologów.

Zasady, szacunek i poszanowanie granic

Gdy usłyszałam o czerwonym nosie i klownowaniu w szpitalu, moim pierwszym skojarzeniem był oparty na faktach film “Patch Adams” z Robinem Williamsem w roli tytułowej. Główny bohater, lekarz, zakładał czerwony nos i próbował dotrzeć do pacjentów przez śmiech i dzięki empatycznemu podejściu, zmniejszyć ich dyskomfort związany z pobytem w szpitalu.

— To jest jeden nurt i na przestrzeni lat widzę, że coraz więcej polskich lekarzy ma takie podejście. Niezwykle to doceniam, bo mam świadomość, jak wiele mają pracy, a jak mało czasu. To, co my robimy jako klowni medyczni, to drugi nurt. Tu artysta zakłada kitel lekarski i idzie do szpitala. Naszym zadaniem jest pomóc lekarzom i personelowi medycznemu, który musi się skupić na leczeniu i procedurach medycznych, a my zajmujemy się zmniejszeniem stresu dziecka przed zabiegiem i sprawieniem, by pobyt w szpitalu nie kojarzył mu wyłącznie z czymś nieprzyjemnym — mówi Monika Dąbrowska-Jarosz.

Śmiech sprawia, że obniża poziom kortyzolu (redukuje stres), a podnosi się poziom endorfin i serotoniny (które sprawiają, że ból się zmniejsza, a nastrój się poprawia). Wzmacnia układ odpornościowy, obniża napięcie mięśniowe i dotlenia organizm. Lekarze wskazują, że dzieci mniej zestresowane zdrowieją szybciej, a hospitalizacja bywa krótsza.

Klowni nie śmieją się jednak z drugiego człowieka, nie żartują z religii, polityki, pochodzenia. Wywołują śmiech za sprawą własnych wad i niedoskonałości. Za sprawą nieporadności, którą to pacjent może pomóc im przezwyciężyć. Dzięki temu pacjent odzyskuje też poczucie własnej sprawczości.

Zawód klowna medycznego jest oparty na zasadach, szacunku i poszanowaniu granic. — Nigdy nie pytamy o choroby ani o żadne dane wrażliwe — wskazuje pani Monika. — Nie robimy sobie selfie z pacjentami. Na każde zdjęcie zgodę musi wyrazić i rodzic, i dziecko. Nie inicjujemy też kontaktu fizycznego, choć zdarza się, że dzieci same do nas podbiegają i się przytulają. Kiedy rodzice proszą, by wziąć dziecko na ręce do zdjęcia, podpowiadamy, że lepiej, gdyby to oni je trzymali, a my staniemy obok — wylicza.

Czerwone Noski szanują też odmowę. Pacjent ma prawo nie mieć ochoty na wizytę lub po prostu się bać. Jak przyznaje nasza rozmówczyni, miała dwie sytuacje, w których trafiła na osoby, które miały lęk przed klownami. W jednym przypadku mama zostawiła dziecko pod opieką koleżanki i sama wyszła z sali na czas wizyty, a w drugim — pacjentka przyglądała się niecodziennym gościom z pewnego oddalenia.

“Ja was tu zaproszę na etat”

Oddział pediatryczny. 7-miesięczne dziecko płacze rozdzierająco w ramionach pielęgniarki. Jego mama musiała wyjść na badania. — Nic nie działa — wzdycha pielęgniarka. Wtem rozlega się cicha muzyka.

Dr Eugenia Pluj podchodzi powoli, delikatnie brzdąkając na kalimbie. Dziecko odwraca wzrok, zaciekawione. Jej klownowa towarzyszka zaczyna żonglować chusteczkami w pastelowych kolorach. Płacz cichnie. Maluszek wyciąga rękę w stronę chusteczki. Pielęgniarka wzdycha: — Ja was tu zaproszę na etat.

Czasem to rodzic potrzebuje pomocy

— Kiedy wchodzę do sali z moim partnerem czy partnerką klownową, pierwsze co robię, to głęboki wdech, żeby poczuć, co się dzieje w tej przestrzeni. Jaka energia tam panuje. W jakim wieku jest dziecko, jaki jest jego stan, czy na nasz widok chowa się za rodzicem, czy jest zaciekawione. Na pierwszy rzut oka widać naprawdę dużo — przyznaje pani Monika.

Bywa, że to rodzic potrzebuje wsparcia, nawet bardziej niż dziecko. Czasem wystarczy sama obecność, innym razem pytanie, czy nie chce pójść napić się wody czy kawy.

— Miałam też taką sytuację, że usiadłam koło mamy i zaczęłam grać spokojną, cichutką muzykę i mówię: “To teraz proponuję zabieg relaksacji”. Podałam jej chusteczkę i po dwóch minutach widzę, jak tej mamie lecą łzy. Ona starała się je ukryć, a ja mówię, że nie trzeba, że to właśnie dobrze. I wtedy usłyszałam: “Dziękuję, było mi to potrzebne”. To są piękne i poruszające momenty — opowiada pani Monika.

A czy w pracy klowna jest miejsce na smutek i łzy? — klown może się śmiać, może płakać, może być zły. Wszystkie emocje są tu dozwolone. Tylko czym innym jest, kiedy płacze mój klown, a czym innym kiedy robię to prywatnie jako Monika — odpowiada nasza rozmówczyni.

— Kiedy wcielam się w Eugenię Pluj i czuję, że coś mnie dotknęło tak mocno, że poruszyło mnie prywatnie, to staram się wyjść z tej sytuacji w sposób bezpieczny dla dziecka i rodzica. Nigdy nie zdarzyło mi się płakać w trakcie wizyty, ale gdy pojawiają się silne emocje, to wychodzę do innego pomieszczenia i to przepracowuję. W takiej sytuacji trzeba przede wszystkim zaopiekować się sobą i wyregulować swoje emocje, bo najpierw musimy się zatroszczyć się o siebie, żebyśmy mogli dać coś od siebie innym — tłumaczy.

“Marysiu… to ty mówisz?”

W szpitalnej sali leży 85-letnia kobieta. Klowni, którzy przyszli w odwiedziny, zaczynają grać i śpiewać piosenkę. W pewnym momencie dobiega ich cichutki głos. Starsza pani zaczyna nucić, a potem śpiewać coraz głośniej — wraz z nimi.

— Marysiu… to ty mówisz? — mówi ze zdumieniem pielęgniarka, która właśnie stanęła w drzwiach. 85-latka była tu od tygodnia i do tej pory nie odezwała się ani słowem.

“Jesteśmy profesjonalistami, ale jesteśmy też ludźmi”

Klowni z Fundacji Czerwone Noski jako jedyni w Polsce mogą wejść na blok operacyjny i mogą towarzyszyć małym pacjentom aż do momentu podania narkozy. Widzą tam znacznie więcej niż rodzice, którzy muszą pozostać na zewnątrz za cienką czerwoną linią.

— Lekarze mówią, że dzieci, które zasypiają spokojnie, spokojnie się też wybudzają, a praktyka pokazuje, że dzięki obecności klownów potrzeba podawania leków uspokajających jest mniejsza — mówi Monika Dąbrowska-Jarosz.

Czerwone Noski jako jedyni w Polsce mają zgodę, by wejść z małym pacjentem na blok operacyjny.

Fundacja Czerwone Noski / Michał Brańka

Czerwone Noski jako jedyni w Polsce mają zgodę, by wejść z małym pacjentem na blok operacyjny.

Czasem jednak, widząc zmagania dziecka, które mimo bólu podczas zakładania wenflonu stara się być dzielne i nie płakać, trudno pozostać niewzruszonym. Żeby być dla niego podporą, klown musi być jednak spokojny i opanowany. Niezwykle trudne są też sytuacje, gdy pacjenci odchodzą. Jak klowni sobie z tym radzą?

— Też jesteśmy ludźmi i przeżywamy takie sytuacje. Na tym polega jednak nasz profesjonalizm, że uczymy się technik i narzędzi, by radzić sobie z tymi emocjami. Jeden potrzebuje pobiegać, drugi pograć na gitarze, trzeci spotkać się z przyjaciółmi, a mnie wycisza kontakt z naturą — wskazuje nasza rozmówczyni.

— Kiedy zakładam czerwony nos, czyli najmniejszą maskę świata, staję się dr Eugenią Pluj, czyli moją postacią klownową. Mam wtedy konkretny cel — dać emocjonalne wsparcie małemu pacjentowi i jego rodzicom. Nie skupiam się na swoich emocjach, lecz na tym, czego potrzebuje dziecko. Gdybym miała odwiedzać pacjentów tak często, ale prywatnie, nie zdecydowałabym się na to — przyznaje.

Najmniejsza maska świata pomaga dźwigać ciężar emocji, z którymi często trudno jest poradzić sobie zwykłemu człowiekowi. Klowni mają też jednak stałe wsparcie psychologów i regularne superwizje — grupowe i indywidualne.

Śmiech szybko mija, ale efekty zostają na długo. “Najpiękniejsza przygoda w życiu”

— Początkowo zastanawiałam się, czy to praca jest dla mnie i jak sobie w niej poradzę. Wtedy nasz nauczyciel Gary Edwards powiedział mi tak: Kiedy zaczynasz pracę klowna medycznego, widzisz chorobę jako takie ogromne koło, a w środku jako taka kropeczka jest dziecko. Im dłużej pracujesz, tym bardziej te proporcje się odwracają i zaczynasz widzieć przede wszystkim dziecko, a dopiero potem tę malutką chorobę — wspomina.

Przez długi czas te słowa były jej drogowskazem w życiu zawodowym. Każdy dzień jest tutaj niezwykły, a choć zdarzają się trudne momenty, praca klowna medycznego daje mnóstwo satysfakcji.

— To najpiękniejsza przygoda, jaką mogła mi się w życiu zawodowym przydarzyć. Takie spotkania i interakcje z ludźmi dają niesamowite poczucie sensu i jestem wdzięczna, że mogę to robić — ocenia pani Monika.

Monika Dąbrowska-Jarosz jako klaun dr Eugenia Pluj.

Fundacja Czerwone Noski / Tomasz Wilczkiewicz

Monika Dąbrowska-Jarosz jako klaun dr Eugenia Pluj.

Jak przyznaje, patrząc na dzieci i ich rodziców, którzy mają tak wiele siły, nie może wyjść z podziwu. — Ta praca zmienia spojrzenie na życie i problemy dnia codziennego. Przypomina, jak cienka jest granica między zdrowiem a chorobą i uczy doceniać drobiazgi — dodaje.

Zmieniło się też jej spojrzenie na pracowników służby zdrowia. — Zdecydowana większość jest niezwykle oddana swojej pracy, choć przytłacza ich nadmiar obowiązków. To przykre, że inni tak rzadko widzą w nich ludzi, którzy też potrzebują rozmowy i uśmiechu — przyznaje.

I choć śmiech szybko mija, a klown wychodzi i zamyka za sobą drzwi szpitala, to, co zostawia, wciąż pracuje. Tata, który pierwszy raz od miesięcy się uśmiechnął. Dwie nastolatki, które odłożyły telefony i zaczęły ze sobą rozmawiać. Niemowlę, które przestało płakać, słysząc dźwięki muzyki. Czerwone Noski nazywają je “Magicznymi Momentami” i chętnie dzielą się nimi w mediach społecznościowych.

Pierwszego dnia kwietnia obchodzili swoje święto — Międzynarodowy Dzień Klowna. Czego chcieliby, aby im życzyć nie tylko z tej okazji, ale i przez cały rok?

— My mamy takie jedno marzenie, żeby w każdym polskim szpitalu był chociaż jeden klown medyczny — przyznaje Monika Dąbrowska-Jarosz, a po chwili dodaje: — I żeby żadne dziecko nie musiało wjeżdżać na salę operacyjną samotne i przestraszone.

Aby wesprzeć Czerwone Noski i pomóc im w realizacji tego marzenia, można przekazać datek za pośrednictwem strony fundacji lub przekazać na ten cel 1,5 proc. podatku.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl