Ojciec mężczyzny, który latami był podejrzany o bycie “Skórą” zabiera głos: systematycznie nas niszczono

0
3

W 2020 r. sąd skazał Roberta Janczewskiego na dożywocie. Cztery lata później kolejny sąd uniewinnił go i wypuścił na wolność. Janczewski nigdy nie przyznawał się do okrutnego zabójstwa. Obecnie domaga się prawie 23 mln zł odszkodowania od skarbu państwa za niesłuszny areszt.

“Fakt” rozpoczyna cykl publikacji poświęconych tzw. sprawie “Skóry” i niewyjaśnionej do dzisiaj makabrycznej zbrodni. W kolejnych materiałach prześledzimy m.in. siedmioletni pobyt Roberta Janczewskiego w areszcie tymczasowym. Czy był torturowany i przez kogo? Zapytamy też prokuraturę, co dalej ze śledztwem w sprawie okoliczności śmierci Katarzyny Z. Czy po prawie 30 latach śledczy trafią na nowe dowody.

— Tym, którzy pisali i umieszczali w mediach niewłaściwe i poniżające słowa, którzy wydawali na wyrost swoje wyroki, chcę powiedzieć, żeby wreszcie uderzyli się we własne czoła. Uczyniono nie tylko niewymierną krzywdę naszemu synowi, ale i nam rodzicom, a to jest jedyne nasze dziecko. Nam, jego rodzicom wyrządzono krzywdę: moralną, materialną, zdrowotną i fizyczną. Sumując, ogrom cierpień nie do określenia. Pytam, dlaczego doszło do tego w majestacie prawa? — mówi Józef Janczewski, ojciec Roberta.

Spotykamy się z Józefem Janczewskim w jego krakowskim mieszkaniu. To literat i artysta znany w Krakowie. Sprawa zabójstwa Katarzyny Z. wybuchła, gdy nie mieszkał już z żoną i synem. Rozwiódł się z małżonką w 1998 r. — Zafundowano nam wielką krzywdę. Mnie, mojej byłej żonie i synowi. Czy ktoś pomyślał, o tym, że i nas rodziców systematycznie niszczono? — pyta pan Józef.

Katarzyna Z. zaginęła w listopadzie 1998 r. Kilka miesięcy później z Wisły wyłowiono szczątki zaginionej, w tym “kostium” z jej skóry, który zabójca miał nakładać na siebie. — Pierwsze zatrzymanie Roberta w związku z zabójstwem studentki miało miejsce w 2000 r. na podstawie fałszywego donosu byłego przyjaciela Roberta z ławy szkolnej. Nic nie znaleziono przeciwko Robertowi, nawet po gruntownej rewizji w miejscu jego zamieszkania — mówi pan Józef. Mężczyzna po kilku godzinach był wolny. Służby jednak nie odpuszczały. Zainstalowano podsłuch. Były, jak zeznaje pan Józef, głuche telefony i złośliwe telefoniczne zaczepki. Przez prawie 20 lat śledzono pana Roberta na każdym kroku.

Aresztowanie Roberta Janczewskiego prawie 20 lat po zabójstwie studentki

W 2017 r. rozpętało się piekło. Zatrzymano pana Roberta pod zarzutem zabójstwa i oskórowania studentki. — Była to pokazówka — stwierdza pan Józef. Wspomina, że o godz. 19. do jego mieszkania wtargnęło dziewięciu policjantów. Wciągnęli specjalistyczny sprzęt, który zajął pół pokoju. Wtedy dowiedział się, że jego syn jest aresztowany. Stanął jak wryty. — Dziennikarze długo przed aresztowaniem Roberta już ustawiali się z kamerami na ulicy, przy której mieszkał i mieszka nadal. Teraz media nas bronią, wtedy kilka dni przed zatrzymaniem — mówi — dziennikarze z jednej redakcji zatelefonowali do mnie, oferując pomoc w zorganizowaniu i opłaceniu mojej wystawy malarskiej w Gliwicach. Mnie to od początku wydawało się podejrzane. Oni wszystko z ukrycia nagrywali, chcieli coś ode mnie wyciągnąć. Nie zgadzałem się na wystawę, ten dziennikarz w tracie luźnej rozmowy zapytał mnie, czy mam jakieś zmartwienie. Powiedziałem, że tak, że syn Robert czuje się śledzony, czuje się w jakimś niebezpieczeństwie. Potem, po aresztowaniu syna, te fakty skojarzyłem i o co im chodziło — dodaje.

Remont mieszkania. Policja szuka dowodów

Pan Józef mówi, że po aresztowaniu Roberta czuł się bardzo źle. — Mnie wszyscy znali, było to jakby jakieś narzucone piętno. Przez trzy miesiące nie wpuścili mnie do mieszkania byłej żony i syna. Policjanci tam rządzili. Skuli ściany do cegły, dwa auta gruzu wywieźli. Zdemolowali mieszkanie. Szukali dowodów. Wywieźli całe mienie — opowiada.

Zeznaje, że dokonał z synem gruntownego remontu mieszkania, które zostawił żonie i synowi. — Syn bardzo się angażował. Tak się cieszyłem, że wreszcie naprawiono dach, który przeciekał latami, bo to jest ostatnie piętro w bloku. Nasz remont miał miejsce pół roku przed zabójstwem, (Katarzyny Z. — red.) to wszystko nie gra czasowo, czego i co dowodzi prokuratura. W mieszkaniu zostały położone nowe wykładziny, nowe zmywalne tapety, całe wyposażenie, nowa armatura itp., wszystko zniszczyli. Dokonano wielu szkód. Pozwalali sobie na wszystko. Ksiądz w naszym imieniu przyszedł do mieszkania, gdy policjanci już tam rządzili. Pół dnia był, ale zaraz odstąpił. Mnie było zabronione wejście. Policjanci robili, co chcieli przez trzy miesiące. Na koniec niby dokonując powtórnego remontu, dali w zamian byle co. Ukraińców wynajęli do remontu, żeby było taniej — wylicza.

Syn w czerwonym uniformie. Ludzie się odsunęli

Zatrzymanie, aresztowanie pana Roberta, wyrok i procesy sądowe to był dla Józefa Janczewskiego bardzo trudny czas. — Miałem bardzo wielu przyjaciół. Były organizowane moje wieczory autorskie w kraju i za granicą. Dużo osób potem odsunęło się ode mnie. “Nas, rodziców należy w formalinie pokazywać studentom”, tak pisano w internecie. Tysiące nieprzyjaznych wypowiedzi. Wydawało mi się, że wszyscy się na mnie patrzą. Na zdjęciach, w mediach od początku operowano naszym, moim nazwiskiem. W internecie widzę syna w czerwonym więziennym uniformie, a obok ja, dystyngowany mężczyzna w kapeluszu na tle moich wydanych książek. To wszystko było i jest nie do pojęcia — mówi.

Często słyszał też życzliwe słowa. — Ci, którzy są moimi przyjaciółmi, mówili: “Józek my cię znamy, wiemy jak to jest, wierzymy, że prawda zwycięży”. Sąsiedzi nadal mnie szanują. Wyrażali żal. Ale byli też tacy, którzy świadczyli przeciwko mnie i rodzinie — zauważa. — Miałem kolegę, który zeznawał przeciwko Robertowi. Zazdrościł mi, że mam sukcesy literackie, on też tworzył wiersze, uczyłem go poprawnego warsztatu literackiego, chciał, żebym część swej książki poświęcił na jego wiersze z jego nazwiskiem. Nie chciałem tego zrobić, bo był to inny poziom i inny sposób pisania. Obraził się i naopowiadał w prokuraturze, że Robert jest dziwakiem. Potem, tłumaczył, że mówił tak specjalnie, niby moją stronę trzymał, tak mi przed swoją śmiercią tłumaczył — mówi.

“Próbowano mnie i żonę wkręcić w to zabójstwo”

Pan Józef podkreśla, że wierzy w niewinność syna. — Jeżeli mnie pytano, czy syn jest winny, twierdziłem i mówię, że na 99,90 procent Robert jest niewinny. Pozostaje ta jedna dziesiąta procenta. Człowiek nigdy do końca nie jest pewien, nawet samego siebie. Jakim prawem prokurator zarzuca mi, że ja powinienem wiedzieć, co robił mój syn? Przecież to jest dorosły człowiek, nie chodzę za nim, każdy poruszał się na swojej drodze. Do ostatniej rozprawy prokurator i oskarżyciele próbowali coś nam udowodnić, imputować. Budują sobie nadal domek z fałszywych kart. Ponoć wnuczka sąsiadki, wtedy 7-letnia dziewczynka, widziała, jak ja coś wynosiłem, czarne torby. Gdy się rozstaliśmy z żoną, zostawiłem jej wszystko. Nigdy tam do niej nie przychodziłem. Jedynie na święta, ale też wielokrotnie po aresztowaniu syna, by ją wspomagać moralnie i fizycznie — mówi.

— Próbowano mnie w to zabójstwo wkręcić, jak i moją żonę, a nawet wrabiano ją i mnie w pomocnictwo. Świadkowie powołani przez prokuraturę to były osoby niewiarygodne, którym narzucano narrację wedle z góry założonego schematu. Babka siedmioletniej wtedy wnuczki z sąsiadującego z nami mieszkania odsiadywała wyrok za zamordowanie swego męża nożem w tym właśnie mieszkaniu i wystarczyłoby zasięgnąć informacji, jaki to jest element ta kilkupokoleniowa rodzina. Dotknęła nas wielka niesprawiedliwość, a internauci osądzali nas z góry niesprawiedliwie w swoich komentarzach — zauważa.

Ich drogi rozchodziły się. Więź wygasła z czasem

Józef Janczewski podczas rozmowy wraca do dzieciństwa. Dyskutujemy o przemocy ze strony jego rodziców, ale jak podkreśla, nie ma pretensji do nich, bo dzięki nim wyszedł na ludzi. — Nigdy nie zobaczyłem, by mój ojciec był pijany. Był niezwykle szanowanym obywatelem miasta. Szanuję go za to, co robił, bo wiele umiał i był mądry i zaradny — podkreśla. Pod koniec życia ojciec napisał mu w liście, “synu ja Ciebie przepraszam, za często brałem pas do ręki, ty nas przerosłeś”. Trochę tej szkoły zażył i Robert, gdy w okresie szkoły podstawowej, od pierwszej do piątej klasy, opiekowali się nim dziadkowie.

— Stosowali wobec wnuka kary jako środek wychowawczy, ale nie było to i tak to, co ja przeszedłem — mówi pan Józef. Potem zabrał syna do siebie i żony, gdy Robert wchodził w okres dojrzewania. Pan Józef przyznaje, że ubolewa nad tym, że syn nigdy nie obdarował go uczuciem, takim spontanicznym. Po trosze tęsknił za takim zachowaniem. — Gdyby syn przyszedł i siadł na kolanach i zaczął jak dziecko słowami: tatusiu, a powiedz to, a powiedz tamto… U niego czegoś takiego nie było, był zamknięty. Zabierałem go, by grał w piłkę. Jako dziecko lubiłem grać w piłkę. W Wieliczce mój tata zobaczył, że gram twardo na obronie, to się nawet uśmiechał pod wąsem. Wziąłem syna, tak jak mój ojciec za rękę i zaprowadziłem nad Wisłę, żeby pograł z przygodnymi chłopcami. Miał 12 albo 10 lat. Robert powiedział mi tak: “22 wariatów biega za jedną piłką, ja nie będę”. Siadł obok, urwał liść łopianu i się wachlował. Nasze drogi się rozchodziły, więź wygasła z czasem. Nie jestem emocjonalnie związany z synem, ale nosi moje nazwisko i ma w sobie rodzinne geny — to dla niego najważniejsze.

Wolność i uniewinnienie. ZUS zabiera Robertowi świadczenia

Obecna sytuacja Roberta nie jest łatwa, czego nie ukrywa zmartwiony ojciec. Robert Janczewski po wyjściu na wolność w 2024 r. został bez środków do życia. ZUS cofnął mu świadczenia rentowe, uznał go za zdolnego do pracy. — On nie ma pieniędzy, na komisji orzeczniczej powiedzieli, że ma iść do pracy. Chodzi o kulach, jest wrakiem człowieka. Jak to usłyszałem, poszedłem i zaniosłem im tysiąc złotych, na wszelki wypadek, żeby mieli parę groszy. Była żona ma emeryturę, nie wiem, jak sobie dają radę. Ale niech on umie poprosić, niech się czegoś nauczy. Wyciągam do niego rękę, ale on jest honorowy i uczciwy. W więzieniu otrzymywał swoją rentę, komornik zabierał mu jedną piątą z polecenia prokuratorskiego i sądu. Tych pieniędzy, ich zwrotu po wyjściu z więzienia nie mógł się doprosić. Syn jest bez środków do życia, adwokat kupił mu koszule i ubranie przed procesem — zauważa pan Józef.

“Zostań choćby wykidajłą”

— Jaki jest Robert? — pytam. — Jest ze znaku ryb, a ryby są albo przywódcami albo cierpiętnikami — stwierdza po chwili zastanowienia pan Józef. — Chrystus był spod tego zodiakalnego znaku. A jakim człowiekiem jest mój syn? Bardzo dokładny, punktualny, słowny, uczynny, sprawiedliwy. Punktualność jest grzecznością królów — wtrąca. Ma żal, że syn nie uczył się z sukcesem. — ćwiczył z kolegami na siłowni, chuligani przeróżni, denerwowało mnie to. Pytałem, gdzie ty chodzisz? A on swoje…. Teraz razem z matką mówią, że ja jestem winien, że nie poszedł dalej. Skończył technikum samochodowe, specjalność naprawa samochodów. Jako młodzieniec siłę to miał, żeby podnosić ciężary i trenować, ale do pracy nie chciało mu się chodzić. Powiedziałem mu kiedyś, człowieku, jeżeli ty ćwiczysz ze sztangami, to zostań choćby wykidajłą i zarabiaj na bramce — wspomina. — Była żona też trzymała z nim sztamę. Ja się usunąłem, my się nie zgadzamy, dwa inne światy — stwierdza kategorycznie choć dodaje, że była żona ma wiele innych życiowych zalet.

Teraz po tym, co wydarzyło się w ciągu ostatnich 28 lat, pan Robert nie ma już spokojnego życia. — Człowiek się uczy po to, by jak ma te 40 lat, korzystać z tego, do czego doszedł, ta jego praca winna wtedy wydawać plony. Robert się nie ożenił, mógł mieć żonę w swoim wieku, pozbawiono go 20 najważniejszych lat z życia. Teraz chodzi po ulicy z głową podniesioną, na ile go stać. Bierze plecak, kule do rąk, robi zakupy matce. Chodzą do kościoła, wszędzie razem. Co ma się chować, przecież jest niewinny. Księża odprawiali za niego, za darmo msze święte, gdy było najgorzej, gdy aresztowali syna — wspomina, i ma żal, że nikt nie myśli o przyszłości syna. On sam wiele zastanawia się, jak potoczy się dalsze życie jego rodziny.

Myślę o swojej przyszłości. Im więcej się ma lat, częściej myśli się kto pójdzie za trumną, jak to będzie, kto załatwi pogrzeb? Sam odnowiłem już grobowiec, trzeba się o to było zatroszczyć. Moja mama mi wszystko zabrała. Po śmierci taty wyszła za gościa, który był młodszy o 10 lat od niej. Mówiłem jej: “mamo, co mama robi, cała Wieliczka się śmieje”. A ona do mnie: “zamknij pysk, bo zostaniesz z gołą dupą”, to odpowiedziałem: “a niech mama wyjdzie nawet za diabła. I wyszła za gościa, który nazywał się Boruta… — milknie. — Nie wiem, jak sobie Robert poradzi

— kończy myśl.

Po czym dodaje pytany, czy sprawa Roberta na nowo scementowała jego rodzinę: — Nie rozmawiamy o tym, co się wydarzyło, o sprawie “Skóry”. Oni (była żona i syn) sobie żyją tam, a ja tu, każdy na swój sposób cierpi. Syn telefonuje rzadko albo ja przychodzę tam do nich, to się spotykamy. Teraz Robert mówi, żebym nawet nie przychodził, bo zaraził mieszkanie pluskwami z więzienia. Z kryminału przyniósł pluskwy. Podobno nawet są w kontaktach. Walczą z nimi różnymi środkami chemicznymi. Są pogryzieni, tak jak syna gryzły pluskwy w kryminale. Bąbel na bąblu, jak go w areszcie odwiedzaliśmy — tłumaczy.

Wspomina też, że próbował, by syn nawiązał kontakt z siostrą przyrodnią. Ona ma 40 lat, chciałby, żeby podali sobie ręce. — Ona powiedziała: dobrze, a on, nic. Ubolewam — milknie na chwilę.

Pytam, czy Robert nie spełnił jego oczekiwań jako ojca. — Mam znajomych, którzy mają prawnuki, a ja mam tylko jedną wnuczkę. Słyszę, że ten ukończył takie studia, a ten jest tym, a tamten jest tym. Niech ten będzie nawet malarzem pokojowym, niech będzie, ale ma fach i nie partaczy, to jest się i czym cieszyć. A ja, czym mam się chwalić? A ze strony córki — że ukończyła technikum i od czasu do czasu pomaga w gotowaniu i zmywa garnki? Sam się kształciłem, obracałem się wśród wykształconych ludzi, wśród intelektualistów. Jestem literatem, malowałem obrazy. Posiadam dwa wyuczone zawody.

Kto zabił Katarzynę? Spotkanie w sądzie z matką krakowskiej studentki

Sprawa “Skóry” czeka wciąż do rozpoznania przez Sąd Najwyższy. Prokuratura Krajowa domaga się kasacji uniewinniającego wyroku i wznowienia procesu. Pan Józef śledził procesy sądowe swego syna. Widział też na kilku rozprawach matkę Katarzyny Z. Nigdy nie rozmawiali ze sobą. Pytam, czy nie współczuł matce Katarzyny, bo w końcu obie rodziny są ofiarami tej tragedii.

— Uraziło mnie to pytanie — odpowiada. — Że to ja powinienem podejść i współczuć? Ludzie tracą swoje dzieci, mężów np. w wypadku. To wszyscy mają mieć żal do kierowcy, który ich wiózł, a zderzył się ze sprawcą wypadku? Co ja mam do tego, tak los chciał. Tak jest. Dlaczego ja mam jej podawać rękę, a czemu ona nie podeszła i nie podała ręki. Nie powiedziała: panie Józefie, panie Janczewski, albo panie ojcze Roberta i nie zapytała, jak ja się czułem, gdy syna niewinnego zamknięto i niewinnie sądzono i dalej się sądzi — wyjaśnia.

— A dlaczego miałbym rozmawiać z matką Katarzyny Z.? Może to nawet nieładnie z mojej strony, bo ona wciąż czeka na wyjaśnienie, kto zabił jej córkę, ale powiem: nie mam aż takiego współczucia dla niej, niech sądy odpowiadają, dlaczego ta sprawa nie została należycie wyjaśniona już w pierwszej instancji, druga instancja szła na skróty i powielała proceduralne błędy pierwszej. Łatwo teraz było sędziemu Sądu Okręgowemu prowadzącemu proces pójść na zwolnienie lekarskie, potem na emeryturę. Ucieczka. Nie ma rozliczenia! Dowodów nie należy liczyć, lecz je ważyć. I to uczynił Sąd Apelacyjny, choć nadal asekuracyjnie stoi w rozkroku swojego orzeczenia: In dubio pro reo (w razie wątpliwości na korzyść oskarżonego — red.).

— Może pani zapyta matkę Katarzyny czy Robertowi współczuje, że jest niewinny i siedział tyle lat niesłusznie w więzieniu, został trwałym kaleką, bo na nim się wyżywała służba więzienna tak fizycznie, jak i psychicznie? Przecież był bliski odebrania sobie życia, ale otrzymał na czas pocztą od dziennikarki Moniki Góry książkę pewnego autora. Teraz nie pamiętam jego nazwiska. On w swojej książce pisał, iż życie jest największą wartością. Notabene, dzięki niej i jej książce poświęconej sprawie Roberta, media i sądy zaczęły się zastanawiać, jaka jest prawda — odpowiada zdenerwowany.

Robert kupił kwiaty i odwiedzał jej grób

Za chwilę kontynuuje swą wypowiedź: — To Robert wykazał współczucie i na sugestię policjantów kupił kwiaty, by je przekazać (matce Katarzyny Z. — red) w dowód współczucia już w 2000 roku, gdy go wypuszczono po rewizji i przesłuchaniu. Kupił kwiaty, bo chciał je zanieść matce zamordowanej. Poprosił policjantów o adres matki Katarzyny Z. Oni go wyśmiali. Ostatecznie zaniósł je do kościoła. Gdy dowiedział się, gdzie Katarzyna jest pochowana i gdzie jest jej grób, poszedł, kupił znicze i modlił się za nią, nawet i ja bym tak zrobił — mówi.

— Rany się zabliźniają, ale blizny rosną wraz z nami i z nami odchodzą. I na koniec dodam: Jakże na rękę byłoby sądom, ojczyźnie, tym, którzy nigdy nie zmienią zdania, aby Robert, może i my jego rodzice, bardzo szybko znaleźli się pod ziemią tak głęboko, jak trawa rośnie wysoko — dodaje pełen oburzenia.

To jedno z najbardziej upiornych morderstw. Oskarżony przemówił: “Krzyczę do was”

Ojciec “Skóry” z Krakowa nie wierzy w jego winę. “To jest wszystko straszliwie naciągane”

To nie koniec głośnej sprawy “Skóry”. Do sądu wpłynęła kasacja

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl