Gdański Zakład Kremacji jest jednym z największych w Polsce. Są tu dwa piece, które pracują pięć dni w tygodniu, także w nocy. Obsługuje je sześć osób. W ciągu doby zakład może tu skremować 24 zmarłych. To tu od 25 lat pracuje Mariusz Dunowski. To on zakładał to miejsce, a potem uczył innych. Teraz jest tutaj szefem.
Katarzyna w rok pochowała 200 zmarłych. “Artur wiedział, że umiera”
Byliśmy w krematorium w Gdańsku
Naszą rozmowę zaczynamy w sali, w której są furty do dwóch pieców krematoryjnych. Od razu uderza nas specyficzny zapach. Jest też wyraźnie ciepło. Nic dziwnego. Gdy furty się otwierają, widać ogień, a w środku jest 850 stopni Celsjusza.
— To zapach palonej drewnianej trumny wymieszanej z ubraniem. To nie był jeszcze ten najgorszy zapach. Proszę mi wierzyć. Wiele tu czułem i widziałem. Uodporniłem się na niektóre bodźce. Na przykład na zapachy. Zapachy to jest kwestia treningu, przyzwyczajenia. Nie czuła pani zapachu rozkładającego się ciała, na przykład takiego z wody. To jest nieprzyjemne, bo to potrafi wejść głęboko w skórę i zostaje przez dłuższą chwilę — mówi “Faktowi” Mariusz Dunowski.
25 lat pracuje w krematorium. “Najtrudniejsze są pożegnania dzieci”
Od razu podkreśla, że jest jednak w tej pracy coś, do czego nie da się nigdy przyzwyczaić. To pogrzeby i kremacje dzieci.
To są najtrudniejsze sprawy, rozrywające serce nawet zatwardziałego pracownika zakładu pogrzebowego. Taki obraz zostaje na długo, choć staramy się je wymazywać z pamięci. Zawsze z trudem patrzymy na rozpacz rodzin, gdy za wszelką cenę próbują zatrzymać przy sobie zmarłego. Do takich scen nie da się przyzwyczaić. Nie znam nikogo z kolegów, który przeszedłby obok tego obojętnie
— twierdzi rozmówca “Faktu”.
“Słyszę: bo my byśmy chcieli zobaczyć, jak się babcia spala”
Pytam, czy rodziny chcą obserwować ten najtrudniejszy moment, gdy trumna wjeżdża do pieca. Podobno decyduje się na to połowa rodzin, ale coraz częściej kremacje odbywają się bez udziału bliskich zmarłych osób. Nie każdy jest w stanie przy tym być. Administrator Zakładu Kremacji w Gdańsku opowiada mi jednak coś, co wywołuje szok.
Ciekawość ludzka powoduje czasem dziwne zachowania. W piecu jest specjalny wizjer, przez który pracownicy obserwują etapy kremacji. Wielu ludzi pyta, czy mogą to zobaczyć. Mówię wtedy, ale co chcą państwo zobaczyć? Jak się pali ciało? W odpowiedzi słyszę: no tak, no bo my byśmy chcieli zobaczyć, jak się babcia spala. Odpowiadam wówczas, że nie jest to możliwe, to jest tylko wizjer dla pracowników, taki specjalny, techniczny
— mówi Mariusz Dunowski.
Kremacje w Gdańsku. Rozmawiamy z szefem krematorium
Wspomina też trudny czas pandemii.
— Nasze piece przez półtora roku pracowały przez 24 godziny non stop. Było tyle ciał, że one stały na korytarzach, jak w kolejce. W kaplicach mieliśmy ławki porozsuwane i zawsze stało tam 40 trumien z ciałami. To było straszne. Do dziś pamiętam rodziny, które bardzo chciały się pożegnać z bliskimi, a my nie mogliśmy ich tutaj wpuścić — zaznacza.
Pytam o mity dotyczące kremacji.
Czasem słyszę, jak ludzie opowiadają niestworzone historie, na przykład, że ciało siada podczas spalania. Ktoś mi kiedyś opowiadał: “Panie, ja byłem, widziałem.” Usiadła babcia w środku w piecu. Dopytuję wtedy: i co? Słyszę: “No i się paliła na siedząco.” Absolutnie nie. To prawda, kurczą się mięśnie, ale nie ma czegoś takiego jak siadanie ciała. Ciało może w jakimś tam stopniu zmienić kąt ułożenia, ale najwyżej o 10 stopni, nie więcej
— tłumaczy Mariusz Dunowski.
Ile trwa kremacja jednej osoby?
— Przedział czasowy każdej kremacji to są dwie godziny i my w tych dwóch godzinach musimy się zmieścić z ciałem ważącym nawet 130, 140 kg. Z uwagi na parametry pieców dopuszczamy kremację ciał ważących maksymalnie 200 kg — zaznacza szef gdańskiego krematorium.
Ile zostaje z człowieka po kremacji? Średnio to 2,5 litra prochów. Czego nie można wkładać do trumny kremacyjnej? Trzeba usunąć protezy, okulary, szkło, także rozrusznik serca, który wyposażony jest w baterię, bo ta detonuje podczas spalania i może uszkodzić piec.
“Często śnią mi się nieboszczycy. Wtedy myślę, czy coś złego z piecem nie stanie się w pracy”
— Radzimy też, by nie wkładać tam biżuterii, lepiej zostawić ją sobie na pamiątkę. Kiedyś tak poradziłem jednej pani i bardzo mi za to dziękowała — słyszę.
Dopytuję, jak odreagować tak wyczerpującą emocjonalnie pracę?
— Pomaga mi żeglarstwo, motorowodniactwo i las. Domek w lesie. Uwielbiam to po prostu. To jest moje odreagowanie — odpowiada bez wahania Mariusz Dunowski. Podkreśla, że stara się nie zabierać pracy do domu, po ośmiu godzinach chce zamknąć za sobą drzwi i wyjść z czystą głową.
Często śnią mi się nieboszczycy. Wtedy myślę, czy coś złego z piecem nie stanie się w pracy, że to może być oznaka czegoś takiego. Nie boję się zmarłych, a w naszej pracy nie straszy — pracujemy przecież nawet po nocach.
— podkreśla.
——
Zgodnie z obowiązującą w Polsce ustawą o cmentarzach i chowaniu zmarłych z 1959 r. prochy muszą w całości trafić do urny, a urna może być złożona wyłącznie na cmentarzu w grobie tradycyjnym lub w kolumbarium. Prochów nie można przechowywać w domu lub rozsypywać. Grozi za to kara grzywny lub 30-dniowy areszt. Trwają jednak prace nad nowelizacją tej ustawy.
/8
Materiały redakcyjne
Mariusz Dunowski jest administratorem Zakładu Kremacji w Gdańsku. Pracuje tu od 25 lat.
/8
Materiały redakcyjne
Mariusz Dunowski jest administratorem Zakładu Kremacji w Gdańsku. — Najtrudniejsze są kremacje dzieci — mówi “Faktowi”.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl









