“Wszystko lepiło się od krwi”. Powstanie Warszawskie oczami sanitariuszek. Kulisy pierwszych godzin tragedii

0
2

Powstanie Warszawskie często opowiadamy przez pryzmat dowódców, żołnierzy i wielkich bitew. Tymczasem za linią walki tysiące kobiet każdego dnia ratowały życie rannych, narażając własne. Nie miały doświadczenia wojskowego, nie zawsze były gotowe na widok krwi i cierpienia. Miały jednak poczucie obowiązku, którego nie potrafiły odrzucić. Historia sanitariuszek pokazuje mniej znane oblicze Powstania — pełne strachu, bólu, ale także niezwykłej solidarności.

Pierwszy dzień. Dziewczyny, które miały tylko wykonywać rozkazy

Była młodą dziewczyną i ze swoich najpiękniejszych lat miała beztrosko czerpać pełnymi garściami. Ale stała się uczestniczką Powstania. Sanitariuszką.

Historia każdej z nich zaczyna się w istocie podobnie. Powstanie dla każdej napisało jednak inny scenariusz. Nie dla wszystkich przewidziany był happy end. Wszystkie, które przeżyły, wyszły z Powstania odmienione. Nieodwracalnie.

1 sierpnia 1944 roku. Na ulicach roi się od młodych ludzi. Spieszą dokądś. Ściągają z różnych stron miasta, ale zmierzają w tym samym kierunku. Niemal każdy niesie mały pakunek. Jest w nim żywność na trzy dni. Gdy się mijają, pozdrawiają się prawie niedostrzegalnym skinieniem głowy, chociaż niektórzy widzą się po raz pierwszy w życiu. A może wpadli kiedyś na siebie na ulicy, jechali razem tramwajem, tylko wtedy nie zwrócili na siebie uwagi. Pomiędzy nimi idzie też Barbara Bobrownicka.

“Jest nas aż tylu”. Warszawa czeka na godzinę zero

“Jest nas aż tylu” — pomyśli zdumiona. Sama zmierza do punktu powstańczego na placu Dąbrowskiego 2/4. Dzień przed wybuchem Powstania Warszawskiego to właśnie ona otrzymała długą listę nazwisk i adresów. To Barbara miała przekazać informację, gdzie i o której godzinie mają się stawić na zbiórce. Tajnej. Takiej, przez którą można zginąć.

Pomyślała, że dzieje się historia, że się zaczęło. Tego dnia po raz ostatni pełniła funkcję łączniczki. Za chwilę jej losy miały się potoczyć zupełnie inaczej. Czy tego chciała?

Nie zastanawiała się nad tym, zresztą nikt nie dał jej wyboru. Traktowała swoją funkcję bardzo poważnie. By dostarczyć wiadomość, musiała docierać w różne miejsca. Wdrapywała się również do mieszkań na wyższych piętrach bez dostępu do windy. Niosła w rękach swój rower, niezbędny do przemieszczania się po Warszawie.

Wątłą i szczupłą Barbarę kosztowało to naprawdę wiele wysiłku. Jednak najczęściej bywało tak, że ci oddani Polsce nie mierzyli sił na zamiary. Po prostu wykonywali rozkaz.

Trzy dni. Tyle ma trwać Powstanie. Na tyle mają starczyć odrobina chleba, kawałek słoniny, rzadko kiełbasy, jeśli ktoś miał tyle szczęścia, że jeszcze dobre mięso zdobył. Większość nie miała, bo jednym z oblicz okupacji był głód. Barbara za moment ma się dowiedzieć, że została sanitariuszką.

Łączniczka, która została sanitariuszką

Przez chwilę ją to zmartwi, bo przecież na widok krwi prawie mdleje. Ale zmiana funkcji to rozkaz. Barbara nie ma wyjścia. Wykona go i zrobi to najlepiej, jak tylko potrafi. Zamelduje się u swojej komendantki, doktor Joanny, dentystki. Inne dziewczyny i kobiety już są na miejscu zbiórki i pomagają. Przyjmują Basię, jakby się znały i przyjaźniły od lat. To wiele ułatwia.

W ogóle większość ludzi jest dobra i uczynna. Przynajmniej z takimi spotyka się Basia. Na początku nie widać walczących chłopców, dopiero pierwsze strzały dają znak, że obsadzili stanowiska. Serce Basi przepełniają ulga, ale i strach. Tak. Strach nawet bardziej.

Jej wrażliwość podpowiada natychmiast, że są tam, pilnują, a w domu matka czeka. Że się boją, że może któryś już nie żyje. Niewielu miało broń, wszak większość liczyła, że zdobędzie ją w trakcie walk. Tylko część mogła od razu wziąć udział w starciach.

Wracali z posterunków skrajnie zmęczeni, zasypiali na moment. Nim zdążyła się im przyjrzeć, już zrywali się na równe nogi i znów wychodzili. Starały się im pomóc. Przynosiły nawet z opuszczonych mieszkań materace, by mogli choć przez chwilę odpocząć i w większej wygodzie, jeśli można o takiej mówić w tej sytuacji.

Nie wszystkim się to podobało — padały zarzuty o działanie bez zgody i poza procedurami. Basia miała jednak wsparcie swojej przełożonej, doktor Joanny, która sama pracowała bez przerwy i rozumiała, że w tych warunkach liczy się przede wszystkim to, co konieczne.

Pierwsza masowa tragedia

Barykada na skrzyżowaniu Podwala i placu Zamkowego od pierwszych dni Powstania była kluczowym punktem obrony. Zamykała szeroką ulicę Starego Miasta, a Niemcy od samego początku chcieli ją zlikwidować.

W niedzielny poranek 13 sierpnia pod barykadę ruszyły dwa pojazdy — większy, prawdopodobnie czołg Panther lub samobieżne działo StuG 40, oraz mały transporter ładunków wybuchowych Borgward, nieuzbrojony i pozbawiony wieżyczki.

Zadaniem kierowcy Borgwarda było podjechać pod barykadę, zostawić ładunek i oddalić się, po czym materiały wybuchowe miały zostać zdetonowane.

Gdy transporter zbliżył się do barykady, powstańcy rzucili w niego butelkami z benzyną. Pojazd stanął w płomieniach, a kierowca musiał opuścić maszynę. Powstańcy szybko ugasili ogień i sprawdzili wnętrze, mając nadzieję znaleźć tam broń. Meldunki do dowództwa batalionu “Gustaw” informowały o “zdobyciu czołgu” i oczekiwaniu na dalsze rozkazy.

Planowano, by transporter dokładnie obejrzeli saperzy, jednak późnym popołudniem pojawił się oddział powstańczy, który twierdził, że ma rozkaz zabrania pojazdu. To była godzina szesnasta.

“Nasz czołg!”. Chwila triumfu, która zamieniła się w koszmar

Pojazd ruszył Podwalem i skręcił w ulicę Piekarską, po czym dotarł do Starego Miasta. Dalej, jak pisze Szymon Nowak, przemierzył ulicę Nowomiejską, ulicę Freta, aż do budynku przy Podwalu 29, gdzie około godziny 17.45 zdobytą tankietkę zatrzymała barykada, którą należało rozebrać. Wjechał w Kilińskiego. Dalej — na barykadę. Towarzyszył mu tłum. Kobiety, dzieci, cywile i powstańcy. Na twarzach uśmiechy. Łzy wzruszenia. Zacięcie mówiące: a jednak, daliśmy radę. Będzie dobrze.

Wiwaty na cześć tego małego zwycięstwa niosły się echem między gruzami i stojącymi budynkami. Dla nich ten mały sukces znaczył wiele. Ktoś zawiesił na pojeździe biało-czerwoną flagę. I nagle huk. Nastąpił potężny wybuch. Fala uderzeniowa powybijała szyby w oknach pobliskich budynków, a ich odłamki powbijały się w ludzi. Zginęło ponad 300 osób, a kilkaset odniosło rany.

Wśród poszkodowanych znalazł się także generał Komorowski “Bór”, obserwujący sytuację z okien Pałacu Raczyńskich. Choć po wojnie pojawiły się legendy o pułapce czy zdobyciu czołgu, fakty pokazują, że transporter Borgward miał wyłącznie zniszczyć barykadę, a jego pozostawienie w zatłoczonych uliczkach było skutkiem dynamicznych działań powstańczych, a nie celowego podstępu Niemców.

Janusz Wałkuski miał wtedy dziesięć lat. Mieszkał na ulicy Podwale 29. Tak zapamiętał tamten dzień:

To, co zobaczyliśmy, wprawiło nas w osłupienie! Na betonowym podeście pod murem obronnym stał czołg z biało-czerwoną flagą! (…) Z trudem przeciskaliśmy się przez zwarty krąg ludzi, aby go obejrzeć z bliska, dotykać, gładzić jego chłodny pancerz… Nasz czołg! (…) Nas interesowało głównie, jak na niego wejść! Antkowi, który był starszy i większy ode mnie, udało się wdrapać na górę — mnie niestety nie! Silnik już zawarczał, wyrzucając z siebie kłęby spalin — czołg miał za chwilę ruszyć, a ja w żaden sposób nie mogłem się na nim zaczepić! Wreszcie noga moja znalazła na czymś oparcie, ręką chwyciłem krawędź pancerza, za drugą ujął mnie pan Józio, który mieszkał w sąsiedniej piwnicy, i jechałem! Jechałem na czołgu! Radość moja nie trwała jednak długo. Przy zwrocie z Podwala w Kilińskiego obsunęła mi się noga, zawisłem na rękach i mimo rozpaczliwej walki o utrzymanie się na czołgu — odpadłem!

To, co wtedy wydawało mu się porażką, uratowało mu życie. “Nasz czołg!” Chwila triumfu, która zamieniła się w koszmar. Jedna z sanitariuszek przebywała wówczas w swoim punkcie medycznym na trzecim piętrze kamienicy. Odpoczywała, podobnie jak pozostali. Wtem do ich uszu dobiegły liczne wiwaty. Wszyscy zebrani w mieszkaniu wybiegli na balkon.

Zobaczyli czołg, który stał przed bramą Kilińskiego 1/3. Barykadę, która uniemożliwiała mu dalszy przejazd, już w części rozebrano. Jak wspomina, ludzi było tam bardzo dużo, głowa przy głowie. To przecież wielkie zwycięstwo! Cywile i powstańcy wchodzili na pojazd. Na ich twarzach malowała się radość. Tłum falował, podekscytowany małym-wielkim sukcesem.

Może nie dało się tego nazwać przełomem, ale na pewno był to powód do świętowania! I nagle huk. Budynek, w którym stała sanitariuszka, zadrżał, a balkon na trzecim piętrze, na którym zgromadziły się sanitariuszki, z impetem spadł. Najpierw poczuła gorąco. Powietrze ją parzyło. A potem już leżała na stercie zwęglonych ciał. I dziwna cisza nastała wokół, jakby nikogo ani niczego już nie było. A ona, patrząc przed siebie, szeptała:

Tu blask, — dym, — chwila cicho — i huk jak stu gromów!

Mówiła sama do siebie. Przybiegli po nią. Była jedną z nielicznych osób, które wśród chaosu po wybuchu czołgu przeżyły. Tamowali krwawienie z jej rozerwanej wskutek wybuchu tętnicy szyjnej. Wszystko lepiło się od krwi. Ona, jak i praktycznie wszyscy tam przebywający w czasie wybuchu, była niemal naga. Wybuch zerwał z ciał prawie wszystkie ubrania. Była zbyt oszołomiona, by dostrzec kilkaset zwęglonych ciał, szczątki porozrywanych ludzi poprzyklejane do ścian budynków, płynącą strumieniem krew…

Powyższy tekst jest fragmentem książki “Sanitariuszki. Miłość i śmierć w Powstaniu Warszawskim” autorstwa Sylwii Winnik. Publikujemy go za zgodą wydawcy z okazji 82. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl