Sprawa z udziałem RPD wywołała burzę. Internauci domagają się, aby Monika Horna-Cieślak podała się do dymisji.
Był czwartek 13 sierpnia. Pani Anna odprowadzała dzieci do przedszkola. W trakcie oczekiwania na autobus jej czteroletni syn Bartek pobiegł w stronę ulicy. Mama kilkukrotnie prosiła go, żeby wrócił. Jednak, gdy zobaczyła nadjeżdżające samochody, krzyknęła na niego ze strachu, a następnie chwyciła za rękę odciągając z jezdni.
— Chciałam, żeby przyszedł do mnie, ale nie słuchał. W końcu podeszłam do niego, złapałam za rękę i nakrzyczałam — przyznaje matka. Sytuacja nie spodobała się urzędniczce, stojącej na straży praw dziecka w Polsce.
— Podeszła do mnie kobieta z pretensjami, dlaczego krzyczę i szarpię dziecko. Powiedziała, że jest Rzecznikiem Praw Dziecka. Poprosiłam ją o legitymację, ale nie chciała jej okazać. Byłam zdenerwowana i wdałam się z nią w pyskówkę — opowiada pani Ania.
Oburzona zachowaniem matki rzeczniczka wezwała na miejsce policję. W trakcie oczekiwania na patrol, według relacji pani Anny, znana urzędniczka zaczęła robić dzieciom zdjęcia. Po krótkiej wymianie zdań matka wraz z dziećmi ruszyła w kierunku domu.
Awantura przed blokiem. “Ta kobieta próbowała siłą wejść do budynku”
Kiedy pani Anna z dziećmi dotarła przed blok, zaraz za nią pojawiła się pani rzecznik. Doszło do scysji. — Otworzyłam drzwi wejściowe. Nagle ta kobieta próbowała siłą wejść do budynku. Doszło między nami do przepychanki — relacjonuje kobieta.
Godzinę później do drzwi zapukała policja. Funkcjonariusze przesłuchali rodziców, sporządzili notatkę i sprawdzili warunki, w jakich przebywały dzieci. Potem przez kilka dni w mieszkaniu miały pojawiać się kontrole. — Funkcjonariusze przyjeżdżali do nas z alkomatem, by sprawdzić, czy jesteśmy trzeźwi — opowiada “Faktowi” kobieta.
Odebranie dzieci. “Zdecydował, że mają trafić do placówki
W sobotę wieczorem, około godziny 22.00 przed budynkiem pojawiło się wielu policjantów. Funkcjonariusze weszli do bloku i wręczyli nakaz opuszczenia mieszkania oraz zakaz zbliżania się do dzieci. Funkcjonariusze poinformowali również, że dzieci zostaną zabrane.
— Wręczyli nam dokumenty sporządzone przez policję. Próbowaliśmy ustalić, czy mogą zostać przekazane babci, która przyjechała na miejsce, ale komendant stołeczny policji zdecydował, że mają trafić do placówki — żali się reporterowi “Faktu” matka.
Dzieci trafiły do placówki. Natychmiastowa reakcja sądu
Policjanci zabrali syna i córkę pani Anny, wsadzili do samochodu i odjechali. Maluchy najpierw zostały przewiezione na pogotowie, gdzie spędziły kilka godzin, a następnie trafiły do ośrodka opiekuńczego.
W poniedziałek rano rodzice udali się do sądu z dokumentami, a ten zdecydował o natychmiastowym oddaniu ich rodzicom. Ci nie mogli ich jednak odebrać, bo — jak twierdzi matka — Rzecznik Praw Dziecka miała kontaktować się z placówką i poinformować ją o wydanych przez policję zakazach zbliżania się i kontaktowania.
Konieczne było kolejne postanowienie sądu. Dzieci udało się finalnie odebrać dopiero we wtorek i w środę.
Problem z mieszkaniem. Wypowiedzienie umowy i wyprowadzka. “Bartek ma traumę”
Według pani Anny sytuacja, którą wywołała Monika Horna-Cieślak, doprowadziła do tego, że właścicielka wynajmowanego mieszkania rozwiązała umowę i kazała rodzinie się wyprowadzić. Matka z dziećmi przebywała więc u teściowej.
Partner kobiety, który utrzymuje rodzinę, nadal musi korzystać z pomocy znajomych. Matka podkreśla, że najbardziej ucierpiały dzieci. — Bartek ma traumę. Przed wyjściem do przedszkola ciągle mnie pyta, czy go nie zostawię i czy po niego wrócę — relacjonuje mama.
Odebrali jej dzieci. “Będę domagać się zadośćuczynienia”
Pani Anna zapowiada, że będzie dochodzić odszkodowania za krzywdę psychiczną dzieci. Chce również, aby wyciągnięto surowe konsekwencje wobec rzeczniczki, by w przyszłości nie dochodziło do podobnych sytuacji wobec innych rodzin.
— Wiem, że są rodzice, którzy znęcają się nad dziećmi. Ja tego nie robię. Jako rodzic wiem lepiej, co jest dobre dla mojego dziecka. Nikt nie zna lepiej swoich dzieci niż własna matka. To ja je nosiłam pod sercem, urodziłam i wychowuję. To, że złapałam syna za rękę nie znaczy, że go krzywdzę. Nie chciałam, żeby potrąciło go auto — mówi pani Anna.
Ośrodek Pomocy Społecznej: nie było przesłanek do odebrania dzieci
Reporter “Faktu” rozmawiał z dyrektorką Ośrodka Pomocy Społecznej na warszawskich Bielanach, z którego pomocy przez długi czas korzystała rodzina pani Anny. — Rodzina pozostawała w zainteresowaniu Ośrodka Pomocy Społecznej od 2023 r. Kontakt z pracownikami trwał do 2025 r. W okresie od kwietnia 2025 do 2026 r. odnotowano około 70. kontaktów z rodziną — zarówno telefonicznych, jak i bezpośrednich. Pomoc dotyczyła m.in. kwestii rodzicielskich, organizacji życia domowego i zapewnienia dzieciom odpowiednich warunków do rozwoju — tłumaczy Agnieszka Filipowicz, dyrektorka OPS-u. Jak twierdzi, rodzina wymagała pracy nad organizacją przestrzeni dla dzieci. Nie było wówczas przesłanek do zastosowania procedury zabezpieczenia maluchów.
Prokuratura, która obecnie zajmuje się sprawą nie potwierdziła, że dochodziło do przemocy wobec dzieci, ale ma jeszcze do przesłuchania kolejnych świadków. — Prokuratura ze względu na dobro śledztwa i konieczność przeprowadzenia dalszych czynności procesowych na razie nie udziela informacji w tej sprawie — informuje prokurator Marzena Kiełek-Łopińska z Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga.
Emilka powiedziała mamie o zdarzeniu w żłobku. “Pani wzięła mnie za nogi”
Złapali w koc spadające z balkonu dziecko. Jest nagranie z dramatu w Łomży
Głośna interwencja rzeczniczki praw dziecka. Żurek reaguje. “Niedopuszczalne”
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl









