Home International Na co dzień operator 112, po godzinach żerca. “Młoda dziewczyna umierała, prosiła...

Na co dzień operator 112, po godzinach żerca. “Młoda dziewczyna umierała, prosiła o ryt rodzimowierczy”

0
2

Zanim jednak zagłębimy się w codzienność kapłana, warto krótko wyjaśnić, czym właściwie jest rodzimowierstwo. To kontynuacja przedchrześcijańskich słowiańskich wierzeń — religia “tętniąca naturalnością”, silnie zakorzeniona w rytmie przyrody i cyklu pór roku. Wyznawcy kultywują prastare obrzędy przodków, które — jak zauważa sam żerca — nierzadko stanowią fundament dzisiejszych tradycji.

Te obrzędy w całej Europie były do siebie bardzo podobne, bo wyrosły z naszej ziemi. Jeśli przyjrzymy się pochodzeniu takich świąt jak Boże Narodzenie (nasze Szczodre Gody) czy Wielkanoc (Jare Gody), zauważymy, że nie mają one nic wspólnego z monoteizmem, który przybył do nas z Palestyny

— punktuje Szymon Gilis.

Czytaj też: Bogowie Słowian skrywają wiele tajemnic. “Bardzo mało o nich wiemy”

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Służba na dwa fronty: od centrali 112 do słowiańskiego kręgu

Na co dzień pracuje na stanowisku, które wymaga stalowych nerwów. — To ta dziwna praca, w której nie mogę odbierać prywatnych telefonów. Jestem operatorem numeru alarmowego na Śląsku, więc jeśli zadzwoni pani na 112, niewykluczone, że to właśnie ja podniosę słuchawkę — przyznaje Szymon Gilis.

Jak udaje mu się łączyć pracę w systemie zmianowym z pełnieniem posługi duchowej w całej Polsce? Kapłan podkreśla, że bycie żercą nie jest pracą etatową. — Ja żercą jestem cały czas. Nie ma czegoś takiego, że mam wyznaczone godziny pracy. Jak jest potrzeba, to organizuję sobie tak życie, żeby wykonać to, co jest ode mnie wymagane — wyjaśnia.

Słowiańska posługa w szpitalach i hospicjach. “Dziewczyna umierała, poprosiła o ryt rodzimowierczy”

Rodzimowiercza posługa nie sprowadza się wyłącznie do celebrowania radosnych świąt związanych z cyklem natury. Żercy regularnie wzywani są do osób ciężko chorych i umierających. Personel medyczny w polskich szpitalach traktuje ich obecność naturalnie — dokładnie tak jak w przypadku każdego innego księdza katolickiego czy duchownego innych wyznań.

— Mieliśmy niedawno przykrą sytuację. Trzy, może cztery miesiące temu w hospicjum umierała na raka mózgu młoda dziewczyna. Poprosiła o posługę w rycie słowiańskim, rodzimowierczym — relacjonuje Gilis. — Oczywiście do niej pojechałem. Nie należała formalnie do naszego związku wyznaniowego, ale skoro sama uważała się za rodzimowierczynię, to było dla mnie najważniejsze — słyszymy.

Wsparcie skierowane jest także do osób mierzących się z problemami psychicznymi. — Musimy pamiętać również o ludziach, których cierpienie jest fizycznie niedostrzegalne. Depresja to straszna choroba, która niesamowicie wyniszcza. Takie osoby bardzo potrzebują kontaktu z kimś, kto je w jakiś sposób zrozumie i wesprze — podkreśla żerca, dodając, że pomoc niesiona jest każdemu, kto wyrazi taką chęć, bez dyskryminowania osób nienależących formalnie do związku wyznaniowego.

Rodzimowiercy a katolicy. “Wy naprawdę w to wszystko wierzycie?”

Współcześni rodzimowiercy nieustannie zmagają się ze stereotypami. Choć rzadziej są już myleni z grupami rekonstrukcyjnymi, reakcje społeczeństwa nadal bywają skrajne. Gilis wyróżnia tu dwa główne “obozy”.

Jedna z reakcji to lekkie wyśmiewanie. Ktoś z uśmiechem na twarzy pyta: “ale wy tak naprawdę w to wszystko wierzycie?”. Zazwyczaj słyszymy to od katolików, więc najprościej jest odpowiedzieć im dokładnie tym samym pytaniem: “a wy naprawdę w to wszystko wierzycie?”

— mówi kapłan, zauważając, że takie postawienie sprawy daje dyskutantom do zrozumienia, iż rodzimowiercy mają swoje własne wierzenia, które zasługują na szacunek.

Drugi obóz to środowiska radykalne. — Z kolei ultraortodoksyjni katolicy uważają nas po prostu za satanistów, no bo dlaczego by nie? — ironizuje Gilis.

Sam kapłan zdecydowanie odcina się od nazywania go “poganinem”, tłumacząc, że łacińskie “paganus” to historyczne określenie oznaczające “wieśniaka nieumiejącego czytać, nieposiadającego wiedzy”.

Paradoksalnie, kultywowanie religii nierozerwalnie związanej z naturą bywa dziś łatwiejsze w zabetonowanych aglomeracjach. Z naturą w mieście bywa różnie: aby jej doświadczyć, “trzeba wyjść co najmniej do parku z tego bloku czy z domu, albo do lasu”, co na prowincji jest znacznie prostsze.

Mimo to miasta oferują anonimowość i tolerancję. — Ludzie w dużych miastach są zazwyczaj bardziej wyrozumiali i raczej zaciekawieni niż złośliwi — wyjaśnia Gilis. — Z kolei w małych, wiejskich społecznościach bywa różnie — często są one bardzo konserwatywne i zamknięte, co niestety rodzi konflikty.

Obrzędy w zderzeniu z systemem: kremacja, miód w urnie i urząd stanu cywilnego

Najważniejsze rytuały przejścia w życiu słowiańskiej społeczności wymagają dostosowania do obowiązującego w Polsce prawa. Zgodnie z tradycją przodków z IX czy X w., ciała zmarłych były palone, dlatego dzisiejsze pochówki (tryzny) również opierają się na kremacji — choć dziś wytyczne dyktują przepisy sanepidu.

— Po skremowaniu urnę umieszcza się w jamie grobowej. Do środka wsypujemy różnego rodzaju pokarmy, wlewamy miód i wkładamy najbardziej osobiste przedmioty z życia zmarłego — opisuje słowiański pogrzeb żerca. — Po zakończeniu obrzędów nad grobem odbywa się stypa, która stanowi bardzo ważną część ceremonii. Wszystko, co się wtedy zje i wypije, jest ofiarą dla zmarłej osoby.

A co z początkiem drogi życiowej i zawarciem małżeństwa? Rodzimowierczy związek wyznaniowy nie podpisał ze stroną rządową dokumentów na wzór konkordatu.

— Dążymy do regulacji prawnych, ale na razie wygląda to tak, że na naszą uroczystość swadźby zapraszany jest urzędnik stanu cywilnego, który najpierw dopełnia formalności, a dopiero potem żercy wchodzą do kręgu i odprawiają słowiańskie obrzędy — precyzuje Gilis.

Polski system prawny respektuje za to słowiańskie nadawanie imion. — Z dokumentem potwierdzającym odbycie postrzyżyn lub zaplecin idzie się po prostu do urzędu stanu cywilnego, który ma obowiązek urzędowo zmienić dziecku imię — tłumaczy kapłan.

Rodzimowierca w polskiej szkole. Żerca: szkoła powinna uczyć, a nie indoktrynować

Polacy często nie zdają sobie sprawy z faktu, że obrzędowość rodzimowierców i chrześcijan silnie się przenika. — Te obrzędy w całej Europie były do siebie bardzo podobne, bo wyrosły z naszej ziemi. Jeśli przyjrzymy się pochodzeniu takich świąt jak Boże Narodzenie (nasze Szczodre Gody) czy Wielkanoc (Jare Gody), zauważymy, że nie mają one nic wspólnego z monoteizmem, który przybył do nas z Palestyny — wyjaśnia historyczne tło żerca.

Aby budować świadomość na temat korzeni kulturowych, Szymon Gilis regularnie odwiedza polskie szkoły. Wychodzi bowiem z założenia, że “szkoła powinna uczyć, a nie indoktrynować”.

Podczas wizyt w szkołach podstawowych, ponadpodstawowych, a także specjalnych, spotyka się z ogromnym zainteresowaniem uczniów. — Jakiś czas temu byłem w szkole specjalnej. Niesamowicie mnie zaskoczyło, że te dzieciaki zadawały tak dojrzałe pytania, na jakie nie wpadłby niejeden dorosły — wspomina.

Dzieci interesowały się m.in. jego tradycyjnym ubiorem. — Szedłem w szacie żercowskiej, i tłumaczyłem im, że to jest tylko pewnego rodzaju symbol zamierzchłych czasów, który ma prowadzić ludzi w trakcie obrzędu w inny sposób myślenia — podsumowuje Gilis.

Zanim nadejdzie 1 listopada, do drzwi puka ksiądz. Niezwykły zwyczaj parafii spod Suwałk

Kolęda przez 10 miesięcy. W tej parafii obowiązuje też nietypowa zasada

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl