“Nie mam nawet gdzie zapalić znicza”. Mama zaginionej Sylwii po 26 latach przerywa milczenie

0
1

— Nie gasiłam światła w nocy, bo miałam nadzieję, że Sylwia wróci i stanie w drzwiach — mówi pani Ewa. Po ponad ćwierć wieku od zaginięcia córki przyznaje, że najbardziej boli ją coś, czego wielu ludzi nie potrafi zrozumieć. W rozmowie z “Faktem” opowiada o komentarzach, które raniły bardziej niż brak postępu w śledztwie, i o jednym zdaniu, którego nigdy nie przestała powtarzać.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Zaginięcie Sylwii Iszczyłowicz w Zabrzu. Co wydarzyło się 26 listopada 1999 r.?

To była jedna z tych spraw, o których przez długi czas mówiła cała Polska, a szczególnie Śląsk. 26 listopada 1999 r. na zawsze zmienił życie rodziny Iszczyłowicz. 9-letnia dziewczynka wyszła na spotkanie oazowe do pobliskiego kościoła. Była po komunii. Z domu do parafii dzieliło ją nieco ponad 300 m. Dziewczynka zaginęła w centrum miasta.

Do poszukiwań ślicznej blondynki zaangażowano setki policjantów. Dziecka szukała rodzina, sąsiedzi, znajomi i dziennikarze. Pojawił się też detektyw i jasnowidz. Szukano wszędzie, sprawdzano każdy trop. Przeczesywano kanały, przeszukano każdy kawałek miasta. Nic nie znaleziono, tak jakby Sylwia rozpłynęła się w powietrzu. Z każdym następnym dniem było coraz gorzej. Matka dziewczynki, która miała jeszcze dwoje małych dzieci, funkcjonowała na granicy wytrzymałości psychicznej. Żyła nadzieją, że Sylwia się odnajdzie. Dziś minęło ponad ćwierć wieku od zaginięcia 9-latki.

“To nie była sprawa, tylko dramat”. Mama Sylwii o 25 latach cierpienia

Pani Ewa, mama Sylwii, udzielała setek wywiadów w nadziei, że każde jej wypowiedziane zdanie sprawi, że ktoś, kto wie, co się stało z jej córeczką, wreszcie to wyjawi. Że ktoś zobaczy, przypomni sobie i odważy się powiedzieć, co się stało tamtej jesieni z Sylwią.

— Dla wielu ludzi historia zaginięcia mojego dziecka była tylko “sprawą”. A dla mnie to dramat, który trwa od tamtej pory… już ćwierć wieku i nigdy się nie skończył — mówi smutno mama Sylwii. — Tyle razy wierzyłam, że wywiad sprawi, że stanie się cud i odnajdę moją córeczkę. Tydzień nie jadłam, a karmiłam wtedy młodszego syna piersią, żyłam na adrenalinie. Nie gasiłam światła w nocy, bo miałam nadzieję, że Sylwia stanie w drzwiach i powie: mamo, nic się nie stało…

Cud jednak nie przyszedł. Jednym z najtrudniejszych momentów dla niej były reakcje ludzi, nie rozumiejących, jaki dramat przeżywała przez te wszystkie lata. Komentarze w internecie, oceny, domysły. Słowa, które potrafią ranić równie mocno, jak sama strata.

— Ludzie mieli mi za złe, że się uśmiecham. Jak matka może się uśmiechać, skoro jej dziecko zaginęło? Tak pisali niektórzy, to bardzo bolało i boli mnie do dziś — mówi pani Ewa. W takich historiach nie ma “właściwego” sposobu na żałobę. A jednak świat często próbuje go narzucić. — To nie było tylko ocenianie mnie. To było też ocenianie moich dzieci.

Dziennikarze i granice bólu. “Położył mi jej sukienkę na rękach”

Pamięta, jak pewien dziennikarz, który umówił się na wywiad, kazał jej wziąć do rąk sukienkę należącą do Sylwii. Miała to zrobić tak, jakby trzymała dziecko, do zdjęcia.

— To był moment, w którym powiedziałam sobie: koniec — dodaje pani Ewa. Od tamtej pory stawia granicę. — Nikt nie widzi, co dzieje się potem. Gdy kamery gasną, gdy ludzie odchodzą. Zostaję sama z tym wszystkim. Każdy telefon, który przez te lata dzwonił, rozpalał moje serce, że Sylwia się znajdzie, ale po tylu latach dochodzi do mnie, że ta nadzieja zanika. Najgorsze jest to, że ja nawet nie mam gdzie zapalić znicza. Był taki czas w moim życiu, że chciałam ją mieć… choćby na cmentarzu — mówi z ogromnym bólem.

To zdanie trudno unieść. Dziś pani Ewa próbuje przede wszystkim żyć. Dla swoich dzieci. — Moje życie zmieniło się od dnia, gdy zniknęła Sylwia, od tamtej pory nic już nie jest łatwe. Uczę się z tym żyć, wciąż mam cichutką nadzieję, że poznam prawdę, co się stało z moją córeczką — dodaje, szlochając. — Jest gdzieś ktoś, kto musi wiedzieć, dlaczego moje dziecko zaginęło.

Archiwum X bada sprawę Sylwii Iszczyłowicz. Czy jest jeszcze szansa na przełom?

Nie każdą historię da się opowiedzieć do końca. Nie każdy ból da się ubrać w słowa. Sprawa Sylwii Iszczyłowicz pozostaje nadal nierozwiązana. Wciąż zajmują się nią śledczy z Archiwum X. Wciąż istnieje nadzieja, że ktoś wie coś, co mogłoby pomóc rozwiązać tę zagadkę.

Sylwia w dniu zaginięcia wyszła z domu przy ul. Wolności 170 o godz. 16.45. Szła na spotkanie oazowe do kościoła św. Andrzeja Apostoła. O godz. 18.00 pojawiła się w parafii, ale nie została na mszy. Na spotkanie oazowe nie dotarła, bo zmieniono miejsce dla grupy. Niewykluczone, że dziewczynka, nie mogąc odnaleźć salki, postanowiła wrócić do domu. Pracownica miejskiej biblioteki widziała ją o godz. 18.30, jak szła ul. Wolności. Była wtedy 150 m od domu. Nigdy do niego już nie dotarła.

Najbardziej prawdopodobna hipoteza mówi o porwaniu. Śledczy nie wykluczają, że dziewczynka mogła zostać wciągnięta do przejeżdżającego samochodu. Mimo upływu ponad 25 lat nie natrafiono na żaden ślad 9-letniej zabrzanki.

Każda informacja może być kluczowa. Jeśli wiesz cokolwiek o tej sprawie, skontaktuj się z najbliższą jednostką policji lub dzwoń pod nr 997.

Krzysztof Dymiński zaginął trzy lata temu. Szukający go nurek wyznaje gorzką prawdę

Karolina wyszła do szkoły i zniknęła. 25 lat później nadal bez odpowiedzi. Dramatyczny apel jej mamy

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl