75-letnia pani Irena i dwa lata od niej starszy pan Jerzy swoje ukochane siedlisko kupili 20 lat temu. To dom z dużym placem w środku wsi sąsiadującej z Puszczą Białowieską. Czyste powietrze, cisza i życzliwi sąsiedzi. — Mogłam w ogródku sadzić kwiaty i warzywa. Mąż dbał o najdrobniejsze szczegóły, stworzył wspaniałe miejsce na czas naszej emerytury oraz wypoczynku naszej wnuczki — wspomina Irena Muzyczko. Kiedy małżonkom brakło sił na utrzymanie domu tak, jak to sobie wymarzyli, doszli do wniosku, że nadszedł czas na sprzedaż gospodarstwa.
Siedlisko na sprzedaż. Chętni znaleźli się od razu. Wybrali pierwszego
Wystawili ogłoszenie — bardzo szybko pojawił się kupiec, za nim kolejni. Rozmawiali z pierwszym z nich, Marcinem O., z pobliskiej wsi — znanym i bogatym hodowcą indyków, największym pracodawcą w okolicy. Wzbudzał zaufanie. Solidna firma, fajny człowiek. Takim go widzieli. — Chwalił doskonałość trawy na podwórzu, wypielęgnowane rośliny oraz wzorowy porządek w całym obejściu. Owszem, były negocjacje i kilkukrotne zmiany ceny, ale stanęło na 500 tys. za wszystko, łącznie z zawartością domu i stodoły. Miał jeden warunek: opróżnienie siedliska w ciągu kilku dni, ponieważ osoba, która w nim zamieszka, będzie prowadzić hodowlę psów i sprawa jest pilna. — Na stałe mieszkamy w białostockim bloku, nie mieliśmy szans na zabranie dobytku — opowiadają małżonkowie.
Likwidacja siedliska. Przyszły-niedoszły właściciel wywoził wszystko jak leci
Dostali kilka dni na wyprowadzkę, a potem — pamiętają, że miał to być poniedziałek — mieli stawić się u notariusza, by dopiąć akt sprzedaży. — Nawet przez moment nie podejrzewałem, że cała sprawa zawali się jak domek z kart. Wszystko szło bardzo sprawnie — dodaje pan Jerzy. W pewnym momencie pomyślał, że aż za bardzo: z pośpiechem i bez poszanowania czegokolwiek. Jak wspomina, Marcin O. pojawił się z kilkoma ludźmi oraz ładowarką, za pomocą której wrzucał do kontenera przedmioty wynoszone ze stodoły i domu. — Wszystko traktowano jak śmieci, łamano i ubijano, aby pomieścić jak najwięcej w kontenerze. Były to niedawno wymienione meble, kosiarka, grill, ceramiczne kafle do budowy pieca, kołdry i wiele innych przedmiotów o pełnej wartości użytkowej. Tylko niewielką część udało się rozdać sąsiadom. Cały czas nas popędzał, aby jak najszybciej opróżnić siedlisko. Kolejnego dnia w rozmowie z córką wspominał, że w okolicy jest podobne miejsce, ale w niższej cenie i nalegał bym sprzedał taniej. Odmówiłem — wspomina mężczyzna.
Sprzedaż siedliska nie doszła do skutku. Kupujący kwestionował cenę
— Nic nie podejrzewałem, gdyż przypominał o stawieniu się u notariusza, ale kolejnego dnia zadzwonił i ponownie namawiał mnie na obniżenie ceny. W tym momencie większość rzeczy została już wywieziona, a podwórze zryte ładowarką. Aż nadeszło najgorsze: zadzwonił do córki i oznajmił, że rezygnuje z kupna. To, że zniszczył i wywiózł dziesiątki przedmiotów i zrył maszynami działkę, zbył milczeniem. Myślałem, że dostanę zawału serca albo mnie rozerwie na kawałki. Potem pojąłem, jak nas podszedł: najpierw chwalił, zaglądał w oczy, wzbudził zaufanie i dałem się namówić na opróżnianie siedliska przed podpisaniem aktu sprzedaży. Później zaatakował obniżeniem ceny, licząc, że się poddam, skoro wywieziono większość rzeczy — analizuje pan Jerzy. — Kiedyś ludziom, jak się powiedziało słowo, to było słowem, a tutaj się okazało, że nawet “do widzenia” nie powiedział. Nie chcę nieładnego słowa używać, ale zawiódł nas strasznie. Jestem mężczyzną, a mężczyzna jako ten twardszy, nie powinien się tak roztkliwiać, ale dotknęło mnie bardzo mocno. I szkoda, że po tylu latach tracę zaufanie do ludzi. Bo naprawdę otwarty byłem i wierzyłem każdemu, a ten pan brutalnie przerwał moje podejście do drugiego człowieka — przyznaje ze smutkiem.
Działka spustoszona. Niedoszły właściciel nie chce rozmawiać
— Boli okropnie dusza, że ludzie mogą być tak cyniczni i podli — dodaje żona pana Jerzego. Małżonkowie wciąż nie mogą się pogodzić z tym, co ich spotkało. Ale postanowili się nie poddawać. — Prawnik w imieniu naszej rodziny upomni się o zwrot przedmiotów lub ich wartości oraz przywrócenie terenu do dawnego stanu — mówi zdruzgotany Jerzy Muzyczko.
Dopiero kiedy po wsi rozniosło się, jak zostali potraktowani, małżonkowie zaczęli dowiadywać się, że już wcześniej o interesach O. było głośno w okolicy. I nie były to wieści dla niego pochlebne. Pytając o Marcina O., słyszymy od miejscowych, że nikt nie wychyla się z opinią o nim, bo to bogaty człowiek, w dodatku krewny zmarłego niedawno biskupa. On sam nie chciał z nami rozmawiać.
Seniorzy z Hiszpanii wynajęli mieszkanie — teraz sami nie mają gdzie mieszkać. “Nigdy więcej”
80 rodzin nie może wejść do własnych mieszkań. “Rozbój w biały dzień”
Dwa miesiące płacił, potem przestał. Po wyprowadzce została z ogromnym rachunkiem
/12
Jan Malec/newspix.pl
Jerzy Muzyczko jest załamany podejściem niedoszłego kupca jego gospodarstwa.
/12
Jan Malec / newspix.pl
— On nas podszedł. Zdobył nasze zaufanie, a potem okazało się, że nie jest fajnym człowiekiem — mówi pan Jerzy.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl







