Tragedia na Węgrzech. Tak zachowali się kierowcy po wypadku. Właściciel firmy ujawnia

0
1

Trwa wyjaśnianie okoliczności tragicznego wypadku polskiego autobusu na Węgrzech. W zdarzeniu ucierpieli uczestnicy pielgrzymki z Podkarpacia. Na miejscu od godzin pracują służby, a poszkodowani trafili do okolicznych szpitali.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Tadeusz Dykas, właściciel firmy przewozowej Michael z Jasła, do której należał autokar, podkreśla, że na razie brakuje oficjalnych informacji dotyczących przyczyn katastrofy. — Nie chcę na ten temat nic powiedzieć. To wyjaśni policja. Mnie tam nie było. Widzieliśmy miejsce zdarzenia z pewnej odległości. Hipotez może być bardzo dużo, ale jak było naprawdę, pokaże dopiero dochodzenie — mówi Tadeusz Dykas, właściciel firmy.

Wypadek polskiego autokaru na Węgrzech. “To byli bardzo doświadczeni kierowcy”

W rozmowie z “Faktem” Tadeusz Dykas stanowczo broni kierowców. — To są ludzie bardzo doświadczeni, którzy jeżdżą już kilka lat po całej Europie. Takie trasy wykonywali wielokrotnie, nawet kilkanaście razy w roku. Nie wiem, co się stało, że doszło do takiej sytuacji — przyznaje.

Czytaj też: Mieszkańcy gminy ucierpieli w wypadku autobusu. Lokalna impreza odwołana

Jak dodaje, kierowcy mają około 50 i 60 lat. Obaj odnieśli obrażenia w wypadku, jednak nie były one bardzo poważne.

— Ten, który prowadził autobus, jest w dobrym stanie. Ma lekkie obicia. Drugi miał rozciętą głowę i kilka drobnych urazów. To nie są ciężkie obrażenia — relacjonuje Dykas.

Według jego informacji kierowcy po katastrofie pomagali ratować pasażerów z rozbitego pojazdu.

Jak dodaje Dykas drugim kierowcą był właściciel firmy, która organizowała pielgrzymkę, czyli Flora Tour z Rymanowa-Zdroju. — Jego telefon został w autobusie i dzwonił do mnie z innego numeru — powiedział Dykas.

Tragedia polskiej pielgrzymki na Węgrzech. Autobus przeszedł przegląd miesiąc temu

Właściciel firmy zapewnia również, że autokar był sprawny technicznie. — To autobus z 2012 r. Miesiąc temu był robiony przegląd. Spełniał wszelkie warunki techniczne, nawet dodatkowe warunki pozwalające na jazdę z podwyższoną prędkością. Do 100 km na godz. Wszystko było sprawne — podkreśla.

Jednocześnie zaznacza, że nie ma żadnych informacji, z jaką prędkością pojazd poruszał się w chwili wypadku.

Czytaj też: Rząd wysyła specjalny samolot do Węgier. “Podjąłem decyzję”

Chaos po tragedii. “Mamy bardzo ograniczone informacje”

Dykas od rana próbuje dowiedzieć się o stanie rannych. Jak przyznaje, kontakt ze służbami i szpitalami jest bardzo utrudniony. — Jest ogromne zamieszanie. Ciężko gdziekolwiek czegoś się dowiedzieć. W konsulacie, wszędzie. Mamy bardzo ograniczone informacje — mówi właściciel firmy przewozowej Michael.

Według jego wiedzy część poszkodowanych została przewieziona do szpitala w Egerze. Właściciel firmy czekał na decyzje lekarzy dotyczące wypisywania osób, które nie odniosły najcięższych obrażeń.

— Na razie czekam na informację, gdzie mamy jechać. Zaczynają podobno wypisywać niektórych ludzi ze szpitali i wtedy będziemy wiedzieli więcej — tłumaczy.

Na razie śledczy badają wszystkie okoliczności tragedii. Kluczowe będą ustalenia węgierskiej policji oraz analiza stanu technicznego pojazdu i przebiegu podróży tuż przed wypadkiem. Rodziny poszkodowanych czekają na kolejne informacje o stanie swoich bliskich.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl