Jak poinformowali przedstawiciele Roztoczańskiego Związku Pszczelarzy, zginąć mogło nawet w 150-250 rodzinach pszczelich. To kilka, a może nawet kilkanaście milionów owadów.
Lubelszczyzna. Martwe pszczoły leżały wszędzie. W ulach, na drogach i polach
Przyczyna masowego pomoru wciąż pozostaje zagadką. Próbki do badań pobrali już przedstawiciele Państwowej Inspekcji Weterynaryjnej oraz Państwowej Inspekcji Ochrony Roślin i Nasiennictwa, a wyniki mają być znane w ciągu dwóch tygodni. Sprawą zajmuje się także policja i prokuratura.
Masowa śmierć pszczół rozpoczęła się w sobotę, 17 maja. Martwe owady znajdowano wszędzie — na drogach, polach, przy wejściach do uli i w samych ulach.
— Przejechałem rano do pasieki, żeby nalać świeżej wody do poideł i oniemiałem. Wszędzie było pełno nieżywych albo ledwie ruszających się pszczół. Znajdowały się w ulach, wokół nich, na terenie całej pasieki — mówi zdruzgotany Henryk Miska, który ma kilkadziesiąt uli w miejscowości Kolonia Czartowiec.
Owady powoli umierały. Te tereny są wolne od przemysłu, fabryk, czy podejrzanych trucicieli. Żyzne pola rozciągają się aż pod horyzont, do granicy z Ukrainą. Niestety w okolicy pojawiała się jakaś nieznana zaraza, która dopadła pszczoły. Co je zabiło, to na razie zagadka.
— Do uli przyniosły je pszczoły lotne, które zbierają nektar. Robotnice wewnątrz zauważyły, że są zainfekowane i próbowały bronić domu przed zainfekowanymi. Ale dotykając je, przenosiły truciznę do środka — obrazowo wyjaśnia mechanizm ogromnego pomoru pan Henryk.
Tym sposobem otruły się praktycznie wszystkie owady. Pszczelarz wygarniał martwe osobniki wiadrami. Do dziś, mimo że minął tydzień, ciągle truchła robotnic znajdują się w okolicach uli. Nadal w trawie można znaleźć ledwie żywe owady, które walczą o przetrwanie. Jednak ich los jest przesądzony. Nie da się im pomóc. W najbliższym czasie umrą, podobnie jak tysiące ich sióstr.
— Normalnie do ula nie dałoby się podejść bez specjalnego kombinezonu. Teraz są puste. Wewnątrz zostało trochę młodych nielotnych jeszcze owadów. Zebrałem je w jednym ulu. Jednak nie wiadomo, czy one przetrwają — dodaje Henryk Miska.
W tym roku w jego pasiece i kilkunastu innych w okolicy miodu nie będzie. Żeby je odbudować, trzeba będzie najpierw odkazić ule, a potem zasiedlić je nowymi pszczelimi rodzinami. To duży koszt i potrzeba na to sporo czasu. Teraz miał być miód z rzepaku, potem z akacji, lip i fasoli. Ale go nie będzie.
Straty finansowe pszczelarzy mogą sięgać nawet setek tysięcy złotych. Jednak konsekwencje mogą być jeszcze poważniejsze — w regionie zaraz zacznie kwitnąć fasola, jedna z głównych upraw. Brak pszczół, które są kluczowymi zapylaczami, może oznaczać mniejsze plony nie tylko fasoli, ale także innych roślin.
Co spowodowało pomór, na razie nie wiadomo. Obecnie pszczoły zbierały nektar z rzepaku, którego jest dużo w okolicy. Właściciele pasiek podejrzewają, że któryś z rolników mógł użyć szkodliwego oprysku sprowadzonego zza wschodniej granicy, prawdopodobnie z Ukrainy. Ale czy tak rzeczywiście było, to powinno wyjaśnić policyjno-prokuratorskie śledztwo.
Inwazja groźnych gąsienic. Mieszkańcy w strachu. “Masowo wchodzą do domów”
Koniec procesu w sprawie śmierci aktorek amatorek. Rodziny oburzone
“Babcia” służyła strażakom 29 lat. Pokonał ją potężny pożar w Międzylesiu
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl







