Home International Ziętara zginął, bo wiedział za dużo. “My, dziennikarze, czekamy, by w końcu...

Ziętara zginął, bo wiedział za dużo. “My, dziennikarze, czekamy, by w końcu móc powiedzieć to, co wiemy od dawna”

0
1

Ten artykuł pochodzi z newslettera Kryminalny Piątek. Jeśli chcesz, by takie treści trafiały bezpośrednio na twoją skrzynkę, zapisz się w formularzu poniżej.

Jarosław Ziętara zginął, bo za dużo wiedział. Nie poznałam go, bo kiedy on pisał o aferach gospodarczych, ja pisałam sprawdziany w szkole. A jednak czuję się, jakbym go znała. Koledzy dziennikarze dużo opowiadali o nim i jego zabójstwie, kiedy ja stawiałam dopiero pierwsze kroki w zawodzie. Zawsze był dla nas Jarkiem, Jarosławem tylko na potrzeby publikacji. Słuchałam z ciekawością i przerażeniem, tym bardziej że to jedyny znany przypadek zabójstwa dziennikarza z powodu zawodu, który wykonywał, po 1989 r.

Sprawa Jarka to gotowy materiał na scenariusz filmu. 1 września 1992 r. 24-letni reporter “Gazety Poznańskiej” wychodzi o godz. 8.40 z mieszkania w kamienicy przy ul. Kolejowej 49 na poznańskim Łazarzu. Idzie do redakcji przy ul. Grunwaldzkiej. Ma do pokonania około półtora kilometra, niespełna 20 minut spaceru. Nigdy tam nie dociera. Kiedy nie pojawia się w redakcji ani w domu, bliscy zawiadamiają policję. Śledczy nie traktują sprawy poważnie. Twierdzą, że Jarosław Ziętara mógł sam gdzieś wyjechać, może chciał zniknąć. Z czasem pojawiają się teorie, że na zlecenie służb specjalnych wyjechał do Londynu. Niby służby nie zakładały, że stało się coś złego. Dopiero po latach dowiedzieliśmy się, co się działo naprawdę za kulisami.

Pomimo tego, że policja oficjalnie prowadziła tylko poszukiwania zaginionego, w Urzędzie Ochrony Państwa zawrzało. W pierwszych dniach września 1992 r. zaraz po zaginięciu Jarka do Poznania przyjeżdża sam generał Gromosław Czempiński, wówczas czołowa postać wywiadu. Po latach wychodzi na jaw, że przyjechał właśnie w sprawie zaginięcia Jarka. Czy sam generał fatygowałby się, gdyby chodziło o nic nieznaczącego młodego reportera? Służby specjalne musiały wiedzieć, co stało się z Jarkiem, ale wyparły się nawet kontaktów z nim.

Śledztwo w sprawie zaginięcia Ziętary szybko zostało umorzone. Śledczy nie dopatrzyli się przestępstwa. Później śledczy jeszcze raz wznowili śledztwo, gdy o Jarka upomniał się jego tata. I znów je umorzono. Tak sprawa przeleżała na półce przez wiele lat. I być może nigdy by do niej nie wrócono, gdyby nie walka kolegów Jarka o prawdę. Krzysztof Kaźmierczak, który pracował z Jarkiem w “Poznańskiej”, widział go dzień wcześniej wieczorem. Opowiadał, że był przygnębiony i blady. Wtedy w redakcji nie wiedzieli, że Ziętara rozpracowuje grubą aferę związaną z przemytem papierosów i działaniem holdingu Elektromis Mariusza Ś. Krzysztof walczył od samego początku, aby nie zapomniano o Jarku. Mijały lata, a on pisał, przypominał i nie pozwalał, żeby sprawa trafiła do archiwum.

Przełom po 20 latach

Przełom nastąpił 20 lat po zaginięciu Jarka. Śledztwo w sprawie Ziętary wznowiono w 2012 r., po tym, jak redaktorzy największych mediów w Polsce podpisali się pod apelem, w którym domagali się wyjaśnienia zabójstwa reportera. Sprawa trafiła do śledczych w Krakowie i po raz pierwszy została zakwalifikowana jako porwanie i zabójstwo. Prokurator Piotr Kosmaty wykonał gigantyczną pracę, by wyjaśnić sprawę. Przed sądem stanął były senator Aleksander Gawronik, którego oskarżono o podżeganie do zabójstwa, oraz dwaj ochroniarze Elektromisu — “Lala” i “Ryba” — za porwanie Jarka. Pojawili się świadkowie, którzy słyszeli o tym, co stało się z reporterem, wiedzieli, jak został porwany i zginął.

Ludzie związani z Elektromisem pobili Jarka, gdy robił zdjęcia pod siedzibą firmy. Chciał zarejestrować wjeżdżające na jej teren tiry. W jego domu pojawili się ludzie z półświatka, którzy szukali obciążających materiałów i zabrali z mieszkania Jarka mikrofilmy. Ci, którym Ziętara zagrażał, mieli ogromne pieniądze i wpływy m.in. w policji. Wielu byłych policjantów pracowało u nich jako ochroniarze. Dariusz L. ps. “Lala” i Mirosław R. ps. “Ryba” po latach zostali oskarżeni, że w przebraniach policjantów porwali reportera niemal spod domu, wywieźli radiowozem i oddali w ręce zabójcom.

Ciało “skwasowano”, czaszkę zatopiono w jeziorze

Świadek incognito opowiedział o wstrząsających okolicznościach śmierci dziennikarza. Jarka wywieziono do siedziby Elektromisu. Tam oddano go w ręce zawodowych zabójców z Rosji. Był torturowany na rozłożonej foliowej plandece, żeby nie zostawić śladów. Śmiertelny cios, najprawdopodobniej nożem albo sztyletem, zadał Rosjanin wynajęty do tego zadania. Później ciało “skwasowano”, jak to określił świadek incognito, czyli rozpuszczono w kwasie, a czaszkę zatopiono w Jeziorze Kierskim. Sam świadek incognito nie był świadkiem zabójstwa dziennikarza, ale usłyszał o nim od gangstera Jarosława B. ps. Baryła. Krzysztof Kaźmierczak, kolega Jarka z redakcji, powiedział mi wtedy, że zeznania są istotne, bo zbieżne z ustaleniami śledztwa. Wszystko nagle zaczęło układać się w spójną całość.

Dlaczego Jarek zginął? Dopiero po latach wyszło na jaw, że Ziętara nie tylko bywał w UOP, dostawał informacje od służb i tropił afery, ale również był werbowany do pracy. Potwierdził to również ojciec dziennikarza, bo odwiedził go po zaginięciu Jarka jeden z szefów UOP. Jarka chciał zwerbować wywiad. I chociaż z dokumentów wynika, że w maju 1992 r. odmówił, to służby nadal się nim interesowały. I to one najpewniej przyczyniły się nieświadomie do śmierci dziennikarza, ujawniając mu informacje. 24-letni reporter tropił interesy szarej strefy, przemyt alkoholu i inne nielegalne interesy. Na celowniku miał Elektromis należący do Mariusza Ś. i szemrane interesy senatora Aleksandra Gawronika.

Zginął, bo za dużo wiedział?

Gawronik został prawomocnie uniewinniony. Sprawa ochroniarzy wróciła do ponownego rozpoznania. Podczas procesu apelacyjnego sędzia Maciej Świergosz powiedział bardzo ważne słowa. Uznał, że dowody obciążają jednoznacznie oskarżonych, a zgromadzony materiał już pozwala na ich skazanie. Sprawa trafiła z powrotem do sądu pierwszej instancji. My, dziennikarze, wierzymy, że winni porwania Jarka zostaną skazani. Mamy nadzieję, że nie tylko oni odpowiedzą za tę zbrodnię, ale również ci, którzy ją zlecili. Od zabójstwa Jarka minęły 34 lata. Szanse na to, że dowiemy się, gdzie są jego szczątki, że zostaną odnalezione, są praktycznie żadne, ale szanse na to, że winni poniosą karę za zabicie naszego kolegi nadal są.

Czy winni w końcu zostaną osądzeni?

Rodzice Jarka już nie żyją. Przed śmiercią zdążyli postawić mu symboliczny pomnik na cmentarzu w Bydgoszczy, bo Ziętara oficjalnie został uznany za zmarłego. Brat Jarka wciąż wierzy w sprawiedliwość. Choć z każdym rokiem ta wiara jest coraz mniejsza. My, dziennikarze, robimy wszystko, żeby o tej sprawie wciąż było głośno. Dwaj moi koledzy — Jakub Stachowiak i Łukasz Cieśla — napisali książkę “Dziennikarz, który wiedział za dużo” o sprawie Ziętary. Wcześniej książkę napisał też Krzysztof Kaźmierczak: “Sprawa Ziętary. Zbrodnia i klęska państwa”. Dotarli do informacji, które nie pojawiały się nawet w śledztwie. Napisali, jak zginął Jarek i kto chciał jego śmierci.

Teraz wszystko w rękach śledczych z Krakowa. A sprawą zajmują się najlepsi. My, dziennikarze, czekamy, by w końcu móc powiedzieć głośno to, co wiemy od dawna — kto stoi za zabójstwem Jarka, komu zależało na jego śmierci i kto je zlecił.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl