Gdy w moje ręce trafiły akta sądowe sprawy z 1978 r., z każdym kolejnym przeczytanym zdaniem zalewała mnie nowa fala emocji. Stare maszynopisy, protokoły przesłuchań, podpisy świadków — wszystko to wydaje się chłodne, urzędowe, niemal pozbawione emocji. A jednak właśnie ta suchość dokumentów uderza najmocniej. Bo w tej sprawie za każdym zdaniem kryje się cierpienie konkretnych osób, które straciły ukochaną córeczkę.
Bywały momenty, kiedy musiałem na chwilę odłożyć akta. Nie dlatego, że brakowało w nich informacji. Przeciwnie. Było ich aż za dużo. Każdy kolejny dokument był świadectwem okrutnego cierpienia niewinnego dziecka i zbrodni dokonanej dla zaspokojenia chorych żądz.
Zacznijmy jednak od początku. Był 2 kwietnia 1978 r. Niedziela. W jednej z kamienic przy ul. Trybunalskiej w Świdnicy panował zwyczajny rytm dnia. Mieszkańcy mijali się na klatce schodowej, dzieci bawiły się na podwórzu. Wśród nich była 5-letnia Inga. Radosna, ufna, niepotrafiąca jeszcze rozpoznać zagrożenia. Właśnie tę naiwność podstępem wykorzystał jej oprawca.
Gdy zapytała Zbigniewa Czajkę, sąsiada, czy w mieszkaniu jest Andrzej, syn jego konkubiny, usłyszała odpowiedź, która przesądziła o jej losie. — Tak, jest w domu — skłamał mężczyzna. Dziewczynka nie mogła wiedzieć, że Andrzej przebywał wtedy u swojej babci w Wałbrzychu. Nie miała powodu, by nie wierzyć dorosłemu.
Kiedy po paru godzinach Inga nie wróciła do domu, rozpoczął się dramat jej najbliższych. Niecierpliwe oczekiwanie zamieniło się w niepokój, strach, a w końcu rozpacz. Rodzina rozpoczęła gorączkowe poszukiwania. Zaglądano do sąsiadów, na podwórka, do znajomych. Wkrótce o zaginięciu została powiadomiona milicja.
Do kamienicy przy ul. Trybunalskiej przyjechali funkcjonariusze. Wśród nich był Henryk Brudnik, dziś emerytowany policjant z Wałbrzycha. Mimo że od tamtych wydarzeń minęło niemal pół wieku, każde wspomnienie nadal wywołuje w nim silne emocje.
— Otrzymaliśmy informację o zaginięciu dziecka. Natychmiast udaliśmy się pod wskazany adres. Zdziwiło nas zachowanie jednego z lokatorów, który niby pomagał w poszukiwaniu zaginionej dziewczynki — wspomina emerytowany policjant.
Na pierwszy rzut oka Zbigniew Czajka zachowywał się jak zatroskany sąsiad. Rozmawiał z ludźmi, sprawiał wrażenie zaangażowanego, uczestniczył w poszukiwaniach. Jednak doświadczenie śledczych podpowiadało, że coś w jego zachowaniu nie pasuje. Nie potrafili jeszcze wskazać konkretnego powodu, ale intuicja nie dawała im spokoju. Brakujący element układanki dostarczyła wkrótce potem mama Ingi.
— Następnego dnia od mamy dziecka dowiedzieliśmy się, że w nocy spotkała Zbigniewa Czajkę wychodzącego z piwnicy. To nas utwierdziło, że sprawcą jest Czajka. Udaliśmy się do mieszkania, gdzie zastaliśmy jego konkubinę. Na pytanie, gdzie jest, odpowiedziała: “Nie wiem”. W wyniku podjętych działań następnego dnia sprawca został zatrzymany u rodziny konkubiny w Wałbrzychu — opowiada poruszony Henryk Brudnik. Ciało Ingi zostało znalezione w piwnicy kamienicy. Było zmaltretowane i zakrwawione.
“Chciałem zobaczyć, jak to jest z dzieckiem”. To wyznanie wstrząsnęło nawet doświadczonymi policjantami
— Dla mnie to był szok. Nie wiedziałem, czy dam radę poprowadzić tę sprawę — wspomina pan Henryk.
Podczas przesłuchania Potwór ze Świdnicy wyznał śledczym, że “chciał zobaczyć, jak to jest z dzieckiem”.
— To mną wstrząsnęło. To był człowiek, któremu nie można było okazać litości. Nie potrafiłem tego zrobić. Tak zatwardziałego człowieka nigdy w życiu nie spotkałem — choć od tego śledztwa minęło już blisko 50 lat, były milicjant wciąż doskonale pamięta emocje, jakie mu wówczas towarzyszyły.
Podczas przesłuchania Zbigniew Czajka dokładnie opisał, co stało się z 5-latką. Z jego zeznań, które znalazły się w aktach, wynika, że gdy tylko dziewczynka znalazła się w jego mieszkaniu, mężczyzna zamknął drzwi na zamek i rzucił się na nią. Przemocą rozebrał małą, a gdy zaczęła krzyczeć, przykrył jej głowę kołdrą. W aktach jest wstrząsający opis niezwykle brutalnego gwałtu dziecka.
Po zaspokojeniu chorych żądz Czajka postanowił zamordować wijącą się z bólu, płaczącą 5-latkę w obawie, że poskarży się rodzicom. “Z szafy wyjął młotek i wrócił z nim do pokoju, gdzie spostrzegł, że Inga spadła z tapczanu i leży na podłodze. Oskarżony podszedł do leżącej, wziął zamach i dwukrotnie z dużą siłą uderzył ją w głowę obuchem młotka” — zapisano w aktach.
— Po odbyciu stosunku, kiedy Inga jeszcze jęczała, lewą ręką zacząłem dusić jej szyję i wtedy to z ust oraz z nosa pociekła jej krew tak, że zakrwawiła mi ręce. Obecnie nie jestem w stanie powiedzieć, dlaczego to zrobiłem. Ja bardzo lubię dzieci — mówił śledczym podczas przesłuchania. Stwierdził, że ostatnio z konkubiną rzadko uprawiał seks, bo “nie odczuwał z niego przyjemności”, choć “z natury jest bardzo popędliwy”.
— Nie miałem jeszcze w swoim życiu kobiety, która by mnie seksualnie zadowoliła, zawsze bardziej zadowolony byłem z bicia konia, niż ze stosunku seksualnego z kobietą — kontynuował swoje zeznania, wprawiając przesłuchującego milicjanta w obrzydzenie.
Po wszystkim wyznał swojej konkubinie, co zrobił. Ta początkowo nie mogła w to uwierzyć. Pokazał jej leżące w łazience pod wanną ciało Ingi. Pod osłoną nocy kobieta stanęła na czatach na klatce schodowej, a Zbigniew wyniósł do piwnicy martwą dziewczynkę.
— Najbardziej utkwiła mi w pamięci matka 5-letniej Ingi. Gdy z nią rozmawiałem, była cieniem człowieka. Nigdy nie pogodziła się ze stratą ukochanej córki. Doskonale wiedziała, przez jakie piekło przeszła jej córeczka — podkreśla emerytowany policjant.
Kara śmierci dla zabójcy i gwałciciela Zbigniewa Czajki
5 września 1978 r. Sąd Wojewódzki w Świdnicy uznał Zbigniewa Czajkę za winnego gwałtu i zabójstwa pięcioletniej Ingi. Zapadł najwyższy możliwy wyrok — kara śmierci. Sąd pozbawił Czajkę również praw publicznych — na zawsze.
Na ławie oskarżonych zasiadła także jego kochanka, Jadwiga W. Kobieta została skazana na 2 lata i 6 miesięcy pozbawienia wolności za pomoc w ukrywaniu zwłok i zacieraniu śladów. W uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że wykazywała obłudne zainteresowanie losem dziecka, współczuła zrozpaczonej matce, a jednocześnie nie ujawniła prawdy o zbrodni dokonanej w jej mieszkaniu.
12 sierpnia 1979 r. wykonano wyrok śmierci w zakładzie karnym przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu. Kara została wykonana przez powieszenie.
Choć Zbigniew Czajka za swoją zbrodnię zapłacił najwyższą cenę, a przez lata pamięć o tej okrutnej zbrodni uległa zatarciu, po zagłębieniu się w akta tej sprawy nie potrafiłem uwolnić się od myśli, że są tragedie, które nigdy się nie kończą — ich ofiary odchodzą, ale cierpienie tych, którzy zostają, trwa przez całe życie.
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl









