Home International “Chłopiec prosił, żeby ich uratować”. Wstrząsające zeznania po tragedii w Łebieńskiej Hucie

“Chłopiec prosił, żeby ich uratować”. Wstrząsające zeznania po tragedii w Łebieńskiej Hucie

0
1

Do dramatu doszło 7 października 2025 r. na drodze wojewódzkiej nr 224 w Łebieńskiej Hucie, w powiecie wejherowskim na Pomorzu. Był wieczór. Czterech chłopców w wieku 10, 12, 13 i 16 lat wracało do domów po treningu piłkarskim. Trzech jechało na rowerach, jeden szedł pieszo.

W pewnym momencie w grupę dzieci wjechał rozpędzony samochód. 10-letni Igor zginął na miejscu, trzej pozostali chłopcy, w tym starszy brat 10-latka, zostali ranni. Najciężej poszkodowany 12-letni Ksawery stracił nogę.

Tragiczny wypadek w Łebieńskiej Hucie. Marcin R. na ławie oskarżonych

W środę, 22 października, przed Sądem Rejonowym w Wejherowie zeznawali świadkowie, którzy jako pierwsi ruszyli na pomoc dzieciom. Jednym z nich był 55-letni przedsiębiorca, który feralnego wieczora jechał z żoną, synem i córką na rodzinną uroczystość.

Mężczyzna opowiadał, że autem kierował jego 28-letni syn, a on siedział na miejscu pasażera. W pewnym momencie ich uwagę przykuł widok czerwonego koloru na poboczu drogi. Po przejechaniu kilkunastu metrów postanowili zawrócić.

— Jak myśmy wyskoczyli, to zobaczyliśmy pierwszego chłopaka, tego w czerwonej bluzie, który naprawdę wyglądał tragicznie, bo stracił nogę — relacjonował.

W tym samym momencie w miejscu wypadku zatrzymał się inny kierowca. 55-latek razem ze swoim synem i drugim kierowcą rozpoczął akcję ratunkową.

— Ten chłopiec leżał w krzakach, na poboczu. Już był lekko wysunięty, bo on się próbował wydostać z tych krzaków. Zauważyliśmy go tylko dzięki tej czerwonej bluzie. Razem z tym drugim kierowcą, zatamowaliśmy mu krew. Zaciągnęliśmy pasek od spodni na jego nodze — zeznał mężczyzna.

Następnie świadkowie zaczęli szukać innych ofiar wypadku, bo usłyszeli dobiegające z krzaków jęki. Po chwili w rowie znaleźli kolejnego chłopca, a dalej następnego. Wtedy na miejscu pojawiła się matka jednego z dzieci. Przerażona kobieta zapytała, czy wszyscy chłopcy zostali odnalezieni. Świadkowie byli przekonani, że tak. Myśleli, że jest tylko trzech chłopców. Wówczas kobieta powiedziała, że było ich czterech.

— Ona mówi: nie, były cztery osoby. Pytała się, gdzie jest jej syn. I zaczęliśmy go szukać — opowiadał 55-latek.

To, co wydarzyło się później, zapamięta na zawsze.

— Kilkanaście metrów dalej go znaleźliśmy. Wysoki sądzie, widok nie do opisania. Zobaczyliśmy ciało chłopca. Nie dawał oznak życia, ale reanimowaliśmy go do czasu przyjazdu straży pożarnej — zeznał.

“Prosił, żeby ich uratować”

Z zeznań mężczyzny wynika, że 12-letni Ksawery, który przez cały czas był przytomny, miał prosić, by zadzwonić do jego mamy.

— Prosił, żeby ich uratować — wyjaśnił świadek.

Ranny chłopiec miał też wypowiedzieć zdanie: oni się ścigali. Na pytanie sędziego, co Ksawery mógł mieć na myśli, mężczyzna przyznał, że nie ma stuprocentowej pewności.

– Ja bym to zinterpretował, że ktoś samochodami się ścigał – stwierdził.

Na sali sądowej tych słów słuchały matki poszkodowanych dzieci. Co jakiś czas słychać było ich przejmujący płacz.

“Cały czas pytał, gdzie jest jego brat”

Jako drugi świadek zeznania złożył 28-letni syn przedsiębiorcy, który również uczestniczył w akcji ratunkowej. Potwierdził, że początkowo ratownicy i świadkowie byli przekonani, że poszkodowanych chłopców jest trzech.

— Brat tego zmarłego chłopca cały czas się pytał, gdzie jest jego brat. My byliśmy przekonani, że było ich łącznie trzech. Dopiero kiedy na miejsce przybyła mama zmarłego, to wtedy dowiedzieliśmy się, że było czterech chłopaków. Wtedy wzięliśmy telefony, latarki i szukaliśmy tej czwartej osoby — zeznał.

Kolejnym zeznającym był 30-letni kierowca, który jechał autem z przyczepką. Towarzyszyła mu żona i dwoje małych dzieci. W pewnym momencie zobaczył coś, co początkowo mogło wyglądać niegroźne.

— Pierwsze, co zauważyłem, to buty leżące na jezdni. Widziałem je na środku ulicy — opowiadał.

Chwilę później dostrzegł na poboczu sylwetkę chłopca w czerwonej bluzie. Nie spodziewał się, że to dziecko.

— Myślałem, że może ktoś się przewrócił na rowerze czy ktoś po alkoholu. Myślę, że on się wyczołgał z tych krzaków. Powiedział, że uderzył w nich samochód i że się nie zatrzymał i że nie wiedzą, gdzie on jest — relacjonował 30-latek.

Mężczyzna zeznawał z ogromnym trudem, wspominając straszne sceny, musiał powstrzymywać płacz. Mówił o wstrząsającym widoku rowerów dzieci. Jeden z nich — jak zeznał — miał wisieć na drzewie, około pięciu metrów nad ziemią.

— Po przyjeździe służb ratunkowych ja osobiście trzymałem matkę zmarłego chłopca, gdyż ta pod wpływem emocji utrudniała działania służb ratunkowych — opowiadał mężczyzna.

Piątym świadkiem był mężczyzna, który krótko przed tragedią mijał autem grupę chłopców. Mężczyzna zauważył, że miejsce nie było oświetlone, a w oczy rzucił mu się tylko jeden odblask. Po tragedii przekazał policji nagranie z wideorejestratora, na którym zarejestrowała się grupa dzieci.

Podczas przesłuchania sędzia zwrócił jednak uwagę, że relacje świadka przedstawiane wcześniej policji różniły się od tych, które składał na sali sądowej.

Marcin R. już wcześniej jeździł po alkoholu

Podczas rozprawy zeznawał również policjant, który kilka miesięcy przed tragicznym wypadkiem interweniował w sprawie Marcina R. Jak relacjonował przed sądem, mężczyzna zasnął w samochodzie zaparkowanym na drodze. Funkcjonariusze przeprowadzili badanie alkomatem, które wykazało u niego ponad promil alkoholu. W aucie znajdowały się również butelki po alkoholu. Marcin R. został wówczas zatrzymany i przewieziony na komisariat.

W trakcie środowego posiedzenia oskarżony nie okazywał żadnych emocji. Robił notatki, sporadycznie zadawał świadkom pytania i konsultował się ze swoim pełnomocnikiem.

Marcin R. odpowiada za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym. Prokuratura zarzuca mu również m.in. prowadzenie samochodu pod wpływem alkoholu i substancji psychotropowej, ucieczkę z miejsca zdarzenia oraz nieudzielenie pomocy poszkodowanym. Podczas pierwszej rozprawy oskarżony przyznał się do spowodowania wypadku ze skutkiem śmiertelnym, ale nie przyznał się do ucieczki.

Proces przed Sądem Rejonowym w Wejherowie trwa. Za zarzucane czyny Marcinowi R. grozi kara od pięciu do 20 lat pozbawienia wolności.

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl