Fakt: Z ustaleń prokuratury wynika, że Sebastian M. jechał z prędkością przekraczającą 200 km na godz., uciekł z kraju i ukrywał się przez kilka miesięcy w Dubaju. Nie przyznaje się do winy. Dlaczego podjął się pan tej sprawy?
Łukasz Gil: Jestem zszokowany, jak media działają, one już wydały wyrok i wszystko rozstrzygnęły na podstawie wybiórczych informacji. Nie sporządzam opinii na życzenie. Skontaktowała się ze mną mecenas Katarzyna Hebda. Zapytała, czy podejmę się sprawy, trudnej, medialnej. Lubię trudne sprawy, nic nie obiecywałem nikomu. Nie piszę nic pod czyjeś dyktando, nie sporządzam rekonstrukcji na czyjeś życzenie. Zdecydowałem się najpierw przejrzeć akta sprawy. Dopiero potem powiedziałem, że jestem gotów podjąć się i sporządzić opinię. Przeanalizowałem opinie biegłych powołanych przez prokuraturę — aż mi się wierzyć nie chciało, że na podstawie takich opinii doszło do oskarżenia. Nie tak powinno się badać dowody — powinno się rozstrzygnąć wszelkie wątpliwości, a w opiniach dla prokuratury jest ich mnóstwo. Walczę o sprawiedliwy proces, by sąd poznał wszystkie okoliczności wypadku.
Fakt: Brakuje dowodów? Przecież oskarżony przekroczył dozwoloną prędkość, dokonał przeróbek w pojeździe, by uzyskać jeszcze większe osiągi, był świadom, że taka jazda może skończyć się tragicznie. Wina oskarżonego jest ewidentna. Czego można się jeszcze doszukiwać?
Po przeczytaniu akt sprawy odnoszę wrażenie, że opinie biegłych musiały być jednoznaczne, żeby powiodła się procedura ekstradycyjna. Pamiętamy, co mówił ówczesny prokurator generalny Zbigniew Ziobro, że nie może być tak, że sprawcy uciekają za granicę i są bezkarni. Powstała presja czasu i konkretnych opinii. Tymczasem przy tak zebranych dowodach, jak w niniejszej sprawie, postępowanie przygotowawcze powinno trwać dłużej, szereg dowodów zostało pominiętych lub niezbadanych, jednoznacznie opiniować się nie dało. Oskarżenie w mojej ocenie jest mocno naciągane. To postępowanie jest mocno polityczne, a ja nie chcę wchodzić w politykę ani w kwestie zachowania ludzi poza wypadkiem. Oceniam wyłącznie materiał dowodowy dotyczący powstania i przyczyn wypadku.
Fakt: Co w takim razie pan odkrył?
Analizując akta sprawy, stwierdziłem, że różne dowody stoją ze sobą w sprzeczności i nie ma to odzwierciedlenia w ustaleniach biegłych powołanych przez prokuraturę. Dotyczy to np. odczytu parametrów ruchu ze sterowników oraz śladów na jezdni. Z BMW udało się odczytać ze sterowników wszystkie dane: prędkość pojazdu, kąt skrętu kierownicy, procentowy nacisk na pedał gazu, chwilę aktywacji systemu ABS czy elektronicznego systemu stabilizacji toru jazdy ESC. Z danych tych nie wynika, z jaką dokładnie prędkością jechało BMW, ponieważ sterowniki zapisują prędkość tylko do pewnej wartości. Ten maksymalny poziom to 253 km na godz., pod warunkiem, że sterowniki, w które nastąpiła ingerencja w warsztacie, a wiemy z procesu, że takie działanie nastąpiło, poprawnie tą prędkość wskazują. Z tego, co wiem, BMW do tej pory nie odniosło się do zapytania w tej kwestii.
Tymczasem, biorąc pod uwagę długość śladów opisanych przez biegłych jako ślady hamowania i znoszenia BMW przed uderzeniem w Kiję, prędkość BMW powinna wynosić ponad 500 km na godz.! To jest niemożliwe.
Ponadto w Kii sterownik był uszkodzony. Biegły, który pobierał i zabezpieczał dane ze sterownika tego pojazdu, zrobił to w sposób nieprawidłowy. Wnioski z podaniem parametrów ruchu Kii zostały bezkrytycznie przyjęte przez zespół biegłych z zakresu rekonstrukcji wypadków.
Gdy zobaczyłem udokumentowane ślady na drodze i dokonałem ich analizy, od razu rzuciło się w oczy, że nie pokrywają się one z danymi ze sterownika BMW, a powinny. Ślady na jezdni opisane przez policję jako ślady hamowania i znoszenia w rzeczywistości są śladami jazdy bez ciśnienia powietrza, najpierw w jednym, a następnie w dwóch kołach. Ich początek znajduje się na lewym pasie w odległości ok. 160 m przed miejscem, gdzie biegli prokuratury wskazali miejsce zderzenia pojazdów. W swojej ekspertyzie wskazałem na konieczność ponownej analizy tych śladów przez biegłych. Należy to wykonać bezapelacyjnie, gdyż ślady te, ich długość i charakter nie pasują do danych odczytanych ze sterowników.
Fakt: Czyli Sebastian M. jechał tak szybko, że eksplodowały koła w BMW? Jakie ma pan wątpliwości?
BMW posiada system Drive Recorder, który powinien zarejestrować obraz drogi z czterech kamer nawet na kilkanaście sekund przed i po zderzeniu. Biegły odczytujący dane ze sterowników wskazał, że nastąpiła awaria przedniej kamery i z niej obrazu w ogóle nie ma, a nagranie z kamer bocznych oraz tylnej dokumentuje jedynie moment po zderzeniu, gdy pojazdy są już oddzielone od siebie i widać je w ruchu obrotowym. Kia uderza w bariery i wybucha, a BMW kręcące się wokół własnej osi przemieszcza się pod wiadukt. Ten materiał także nie pozwala na jednoznaczne opiniowanie.
Podczas oględzin policja ujawniła tylko cztery koła, które można przyporządkować do Kii. (chodzi o to, że nie opisano jednego z pięciu kół, bo pojazd zwykle ma ich pięć razem z kołem dojazdowym – red.). Jednym z nich było koło dojazdowe leżące na jezdni i opisane przez policję jako “ślad nr 18 — koło dojazdowe z rozerwaną oponą”. Ku mojemu zdziwieniu, w aktach sprawy brakuje badań tego koła. Nikt nie zrobił nawet szczegółowych jego zdjęć, nikt nie wyjaśnił, na czym polegało to rozerwanie opony — czy było to rozerwanie mechaniczne od kontaktu z przeszkodą ostrokrawędzistą, czy może doszło do detonacji opony, np. na skutek nieprawidłowej eksploatacji.
Przy braku ujawnienia piątego koła od Kii, badanie koła dojazdowego znajdującego się poza pojazdem, w dodatku uszkodzonego, jest czynnością konieczną do wykonania, niezbędną.
Odnośnie kół BMW, to przednia lewa opona została rozerwana i oddzielona od felgi, a proszę sobie wyobrazić, że przedniego prawego koła podczas oględzin nie odnaleziono i nie poddano go badaniu. Jednego z kół Kii też nie znaleziono. Jak te oględziny były przeprowadzane? Ktoś to nadzorował w ogóle? Jak słyszę, że w sprawie była przesłuchiwana policjantka, która zeznaje, że widząc zwłoki, musiała się schować do radiowozu, bo sama ma dziecko i mogłaby mieć jakąś traumę, to ja się pytam, kogo tam wysłano do czynności przy tak poważnej sprawie, naprawdę dowody zostały zabezpieczone, tak jakby to robili uczniowie ze szkoły, którym jeszcze nikt nie wytłumaczył, jak to robić. Do rekonstrukcji nie są potrzebne emocje, pytam, gdzie są dwa koła od pojazdów i czemu nikt nie bada wszystkich zabezpieczonych śladów? To jest istotne dla przeprowadzenia rekonstrukcji.
Ten model BMW posiada możliwość zapisu ciśnienia powietrza w oponach, jednak są to dane rejestrowane w pamięci ulotnej, są one nadpisywalne. Nikt tego nie odczytał, ten dowód także został prawdopodobnie utracony. Pęknięcie opon, i to nie jednej, jest bardzo prawdopodobne, biorąc pod uwagę powstałe ślady na jezdni, ale w chwili obecnej nie można wnioskować, z którego pojazdu i czy wystrzały nastąpiły przed czy po zderzeniu. Najpierw należy wykonać szereg badań, o których wspomniałem w swojej ekspertyzie.
Fakt: Zmierza pan ku szokującej hipotezie, że kierowca KIA jechał na kole dojazdowym. Na sali sądowej padło to z ust pańskiego klienta i obrony. Powołano się na pańską opinię. Przecież prokuratura obaliła tę tezę jako niedorzeczną, uznając, że koło dojazdowe wypadło z bagażnika po zderzeniu pojazdów. Po co doszukiwać się zbędnych hipotez, mnożyć dowody?
W swojej ekspertyzie nie sugerowałem, że Kia to koło miała założone podczas zdarzenia, ale wskazałem na konieczność jego zbadania i wykluczenie lub potwierdzenie założenia tego koła. Powszechnie wiadomo, że prędkość, jaką można rozwinąć określonym pojazdem, zależy m.in. od tego, na jaką maksymalną prędkość pozwalają nam opony, a konkretniej jaki jest indeks prędkości tych opon. Nie chodzi tu o naklejkę na feldze, o której tak dużo dyskutują media. Na jednym z nielicznych zdjęć z miejsca zdarzenia wskazałem jako jedyny na to koło i, opisując je, wskazałem na naklejkę na feldze z liczbą 50. Koła dojazdowe zazwyczaj mają indeks prędkości 70 km na godz. (50 mil/h), ale ile miała ta konkretna opona, tego nie wiemy, bo nikt tej opony nie zbadał ani nie opisał. Stąd moje wskazania, aby tę czynność biegli wykonali.
Maksymalna prędkość dla pojazdu Kia jest bardzo istotna do celów rekonstrukcyjnych, tak samo, jak przyczyna uszkodzeń tej opony.
Fakt: Prędkość Kii była prawidłowa, ustalono ją na 130 km na godz. Historia z kołem dojazdowym to próba przenoszenia odpowiedzialności na kierowcę Kii, który nie żyje. Nic nie usprawiedliwia oskarżonego, że jechał z nadmierną prędkością i to doprowadziło do tragicznego w skutkach wypadku. Kto jest w takim razie winien według pana? Oskarżony i jego obrona, powołując się na pańską opinię, dowodzą przed sądem, że winny jest nieżyjący kierowca, bo jechał na kole dojazdowym i przekroczył prędkość, a wręcz — jak twierdzi Sebastian M. — nie powinien pojawić się na autostradzie. Czy w takim razie Sebastian M. powinien jechać autostradą z zawrotną prędkością i samochodem bez homologacji?
Nie stwierdziłem kategorycznie, że winny jest kierowca Kii. Zlecono mi analizę śladów na pojazdach i na drodze — i taką pracę wykonałem. Nie wiem, jakie słowa padają na sali sądowej, oskarżony w myśl kodeksu karnego może się bronić i przedstawiać własne interpretacje mojej opinii, on też może się z nią nie zgadzać.
Misją mojego biura od zawsze jest doprowadzenie do sprawiedliwego procesu, a to oznacza przedstawienie sądowi jak najlepszego obrazu przebiegu wypadku, jego przyczyn i skutków. Współpracuję przy tym z biegłymi, ekspertami z wielu dziedzin, takich jak np. medycyna sądowa, elektronika samochodowa, rzeczoznawstwo i kilku innych. W zespole jesteśmy w stanie, kolokwialnie mówiąc, rozebrać wypadek na części pierwsze, począwszy od szczegółów przed jego zaistnieniem do dokładnego opisu skutków. Nad analizą śladów z tego zdarzenia pracowałem ponad dwa miesiące, konsultując się z ekspertami z całego kraju.
Moim zadaniem nie jest określanie, czy Sebastian M., czy może kierujący Kii jest winny. Zadaniem biegłych jest jak najdokładniejsza analiza śladów i przedstawienie, jaki przebieg miał wypadek. Chcę wyjaśnić jako ekspert, czy Sebastian M. jechał lewym pasem i na skutek jazdy z dużą prędkością doszło do zjechania jego pojazdu na pas środkowy, czy może doszło do jakiejś awarii któregoś pojazdu i niezamierzonej zmiany pasa ruchu, do ustalenia, czy kierowca Kii mógłby rozpoznać dużą prędkość BMW, czy też nie. W każdym z tych przypadków ktoś musiał popełnić błąd, bo inaczej do wypadku by nie doszło i pojazdy jadące po innych pasach minęłyby się, i prędkość może nie mieć tu znaczenia.
Nie umniejszam skutków zderzenia z nadmierną prędkością, ale jej związek przyczynowo-skutkowy należy wyjaśnić. Takich odpowiedzi nie znajduję w opiniach przygotowanych przez biegłych prokuratury i dlatego w swojej ekspertyzie pytam o te szczegóły i wskazuję na potrzebę ich wyjaśnienia. Sąd musi zapoznać się ze wszystkimi stanowiskami, by wydać sprawiedliwy wyrok, a nie działać pod presją opinii publicznej czy mediów.
Fakt: W najbliższy piątek (22 maja) przed sądem w Piotrkowie Trybunalskim odbędzie się kolejna rozprawa. Przedstawi pan swoje wnioski. Biegli mają odpowiedzieć na pytania postawione przez obronę. Co dalej?
Moja ekspertyza została przyjęta przez sąd, który zobligował biegłych do ustosunkowania się do jej wniosków. Nie zostałem wezwany na rozprawę. Złożone zostało uzupełnienie do mojej ekspertyzy, które zostanie ujawnione na rozprawie. Dotyczy ono głównie zarzutów do zabezpieczenia i odczytu danych ze sterownika Kii. Jest to bardzo ważne, bo biegli z rekonstrukcji przyjęli dane z opinii biegłego z elektroniki jako punkt wyjścia do opisu ruchu Kii, a tam jest mnóstwo błędów. Trudno przewidzieć, co będzie dalej.
Zastanawiam się, dlaczego sąd nie powołał do sprawy własnego biegłego. Są opinie biegłych powołanych przez oskarżyciela publicznego, czyli prokuraturę. Jest opinia zlecona przez obronę oskarżonego. Sąd bazuje na relacjach świadków, jest ich bardzo wielu, ale nie wnoszą oni wiele do sprawy. Skupmy się na obiektywnym procesie. W śledztwie mówimy o dowodach osobowych i rzeczowych. Osobowe dowody nie mogą podważać dowodów rzeczowych i nie są tak samo wiarygodne z ludzkich po prostu ułomności. Zwłaszcza w tak medialnej sprawie musimy opierać się na dowodach, a nie hipotezach.
Nie wiem, dlaczego sędzia nie powołała jeszcze biegłego, a raczej bardzo doświadczonego zespołu biegłych, bo sprawa jest niezwykle skomplikowana i nietypowa. Jeśli zdecyduje się zrobić teraz, ten proces trwać będzie znacznie dłużej. Osobiście uważam, że w Polsce jest tylko kilka podmiotów, które mogłyby podjąć się opiniowania w tej sprawie. Jednym z nich jest największy autorytet państwowy tj. Instytut Ekspertyz Sądowych z Krakowa. Wiem, że na opinię u nich czeka się nawet dwa lata. Czy w takim razie Sebastian M. będzie czekał aż dwa lata w tymczasowym areszcie? Wydaje się to dla mnie abstrakcją. Ale w grę prawdopodobnie wchodzi polityka, o której nie chcę rozmawiać.
Fakt: Podjął pan duże ryzyko, biorąc się za sporządzenie opinii do sprawy Sebastiana M. Czy biegły to człowiek do wynajęcia, który może napisać przysłowiowe największe bzdury za pieniądze, jak to się potocznie mówi — “może się zeszmacić”?
Opiniowanie w niniejszej sprawie przyjąłem prywatnie, na biuro CEBES, które prowadzę. Nie posiadam statusu biegłego sądowego w tej sprawie. Od 11 lat sporządzam ekspertyzy jako biegły sądowy dla sądów i prokuratur z całego kraju. Na zlecenia organów procesowych wydałem grubo ponad tysiąc opinii. Pracowałem w ogniwie wypadkowym wrocławskiej drogówki. Brałem udział w sporządzaniu dokumentacji od kolizji parkingowych po katastrofy drogowe. Myślę, że to co najmniej 10 tys. zdarzeń drogowych. Mam duże doświadczenie praktyczne i wiedzę zdobytą m.in. podczas studiów podyplomowych organizowanych przez Instytut Ekspertyz Sądowych i Politechnikę Krakowską na kierunku Rekonstrukcja Wypadku. Nie jestem człowiekiem znikąd, znalezionym ot tak przez obrońcę pana M. Każdego tygodnia dostaję zapytania z obszaru całego kraju o sporządzenie opinii do różnych spraw i kaliber tych zleceń bardzo często jest tak samo duży, jak ta, o której teraz rozmawiamy.
Nie zależy mi ani na rozgłosie, ani na przypinaniu łatek top eksperta. Kto czytał moje opinie, ten wie, że zawsze najważniejsze jest dla mnie rzeczowe podejście do problemu rekonstrukcji i nie spotykam się raczej z głosami, aby moje opinie były złe, niepoprawne. Oczywiście, przyjmując to zlecenie, zastanawiałem się nad konsekwencjami i odbiorem opinii publicznej.
Mówienie o tym, że się sprzedałem, jest niepoważne. Procedury powołania biegłego przez organ procesowy też tak wyglądają, że policjant czy prokurator dzwonią do wielu biegłych i pytają ich o koszt wydania opinii oraz czas, w jakim mogą ją sporządzić. Przeprowadzany jest swego rodzaju casting. Biegli powołani przez prokuraturę także są przez nią opłacani. Ci, którzy opiniują w niniejszej sprawie to doświadczeni eksperci, którzy za wydanie opinii wystawili faktury na dziesiątki tysięcy złotych. Tak samo wygląda proces zlecenia opinii przez kancelarie adwokackie na rynku prywatnym czy przez sąd. Osobiście uważam, że podjąć się opiniowania w tej sprawie mogłoby tylko kilka osób w kraju. Znam te osoby osobiście, środowisko ekspertów jest małe. Nie słyszę w nim głosów, które zarzucałyby mi przyjęcie tej sprawy. Nie czuję, aby przyjęcie zlecenia z kancelarii prawniczej było czymś niezręcznym tylko dlatego, że opinia publiczna i media wydały już wyrok.
Gdy opinia publiczna dowiedziała się, że podjąłem się przygotowania opinii dla Sebastiana M., odbierałem wiele telefonów od ludzi, wulgarne SMS-y. Jestem hejtowany, atakowany, atakuje się mnie za sam fakt podjęcia się zlecenia. Jestem specjalistą od rekonstrukcji, analizuję materiał dowodowy, a ten w tej sprawie nie jest wystarczający, na co po prostu zwracam uwagę sądowi. Oczywiście pobrałem tak samo, jak biegli powołani przez prokuratora, wynagrodzenie za pracę. To jest mój zawód. Ale nie mam sobie nic do zarzucenia, ponieważ moja ekspertyza jest merytorycznie poprawna.
Dodam, że nie podjąłem się sprawy Sebastiana M. dla pieniędzy. A gdyby już ktoś tak bardzo dociekał, powiem szczerze, pobrałem zwyczajową taksę, jest ona określona na stronie mojego biura. Kwota ta była niższa niż faktury wystawione przez biegłych prokuratury.
Ujawniamy, jak ojciec Sebastiana M. stracił milion złotych. Nieoficjalne ustalenia
Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl



