Polka przeżyła koszmar w Tajlandii. “Usłyszałam, że trafię do celi z gwałcicielami”

0
5

Do zdarzenia miało dojść podczas wakacji w Tajlandii. Jak opisuje “Gazeta Wyborcza”, pani Beata, pracownica służby zdrowia, wybrała się na prywatny rejs zorganizowany przez grupę polskich żeglarzy. Problemy zaczęły się pod koniec wyjazdu na wyspie Phuket.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo

Kobieta twierdzi, że na lokalnym bazarze kupowała pamiątki. Wśród nich był mały koszyczek wart równowartość około 5 zł. Po chwili sprzedawczyni miała oskarżyć ją o kradzież.

— Pokazała nagranie, na którym widać było, jak zdejmuję koszyczek z półki. Brakowało fragmentu, na którym płacę — relacjonowała Polka w rozmowie z “Wyborczą”.

“Cela z gwałcicielami i mordercami”

Wieczorem w hotelu na kobietę mieli już czekać policjanci po cywilnemu. Według relacji turystki zabrano ją na komisariat, gdzie pojawił się tłumacz przedstawiający się jako Jurik.

Tam miała usłyszeć, że musi natychmiast zapłacić ogromne pieniądze.

— Sprzedawczyni chciała równowartość 10 tys. zł, policja drugie tyle, a tłumacz kolejne 7 tys. zł — opowiadała kobieta.

Gdy odpowiedziała, że nie ma takich pieniędzy, miała zostać zastraszona więzieniem.

— Policjant powiedział, że to wspólna cela z gwałcicielami i mordercami i on by własnej matki tam nie wpuścił — relacjonowała Polka.

Nocna zbiórka pieniędzy

Według opisu “Wyborczej” znajomi kobiety zorganizowali błyskawiczną zbiórkę gotówki. Pieniądze wymieniono na tajskie baty w kantorze, który miał być otwarty specjalnie dla nich późnym wieczorem. — W kantorze wszystko było przygotowane. Pliki pieniędzy były już związane gumkami — mówił jeden z uczestników wyprawy.

Po przekazaniu pieniędzy kobieta została wypuszczona.

Bała się aż do lądowania

Polka twierdzi, że do końca podróży żyła w ogromnym stresie. Bałam się, że zatrzymają ją jeszcze na lotnisku. Bezpiecznie poczuła się dopiero po wylądowaniu w Amsterdamie. Kobieta przyznała też, że już nigdy nie wróci do Tajlandii.

Ambasada miała nie pomóc

Jak opisuje “Gazeta Wyborcza”, uczestnicy wyprawy próbowali kontaktować się z polską ambasadą w Bangkoku. Według ich relacji nie otrzymali konkretnej pomocy.

Turystka miała też podpisać dokumentów, których nie rozumiała. — Zamiast podpisu napisałam: “Nicnierozumiemztychhieroglifów” — opowiadała kobieta.

(Źródło: Gazeta Wyborcza)

Ferrari bez ryku silnika. Papież zachwycony, fani wściekli

Zbrodnia nad rzeką. Krzyki 11-latka przeszyły ciszę. Zatrzymani to dzieci

“Udało mi się, jestem tutaj”. Trzydzieści godzin płynął pontonem, by uciec z kraju

Disclaimer : This story is auto aggregated by a computer programme and has not been created or edited by DOWNTHENEWS. Publisher: fakt.pl